Nikita de Ruiter i Hugo Bos
Michał Rogalski | 14/10/2026
„Walczę o przyszłość mojego syna”. Holenderska radna przeciwko przymusowemu rozmieszczaniu azylantów
Holandia pokazuje, jak lokalny spór o ośrodek dla cudzoziemców może przerodzić się w szerszą debatę o bezpieczeństwie rodzin, odpowiedzialności władz i prawie mieszkańców do współdecydowania o przyszłości swojej miejscowości. Nikita de Ruiter, radna z partii PVV (Partij voor de Vrijheid, pol. Partia Wolności), postanowiła zaangażować się w politykę, gdy dowiedziała się o planach utworzenia ośrodka dla nieletnich cudzoziemców w Papendrechtcie. Jak sama podkreśla, myśli przede wszystkim o swoim sześcioletnim synu.
Wszystko zaczęło się od planów utworzenia ośrodka
Papendrecht to holenderska miejscowość położona w prowincji Holandia Południowa, niedaleko miasta Dordrecht. Właśnie tutaj Nikita de Ruiter, matka sześcioletniego chłopca, postanowiła sprzeciwić się planom otwarcia ośrodka dla osiemdziesięciu nieletnich cudzoziemców bez opieki, w wieku od 15 do 18 lat.
Placówka miała powstać w dawnym budynku handlowo-biurowym przy Weteringsingel, w pobliżu centrum handlowego. Za organizację przyjmowania osób ubiegających się o azyl odpowiada w Holandii między innymi COA – państwowa agencja zajmująca się zakwaterowaniem i opieką nad osobami oczekującymi na rozpatrzenie ich wniosków.
De Ruiter nie chciała pogodzić się z decyzją o utworzeniu ośrodka. Zaczęła zbierać podpisy pod petycją, którą poparło około dwóch tysięcy mieszkańców. Następnie przekazała ją burmistrzowi, licząc, że głos lokalnej społeczności zostanie uwzględniony. Nie przyniosło to jednak oczekiwanego rezultatu.
„Sama mam syna, który ma już sześć lat. Niedługo również osiągnie wiek, w którym będzie chciał sam chodzić do sklepów” – wyjaśniała. Obawiała się, że powstanie ośrodka może wpłynąć na bezpieczeństwo i codzienne życie mieszkańców.
Jej zaangażowanie nie zakończyło się na petycji. Kiedy okazało się, że sprzeciw mieszkańców nie zmienił planów, postanowiła wejść do lokalnej polityki.
Od protestu mieszkańców do sukcesu wyborczego
Jesienią 2025 roku De Ruiter zaangażowała się w budowę lokalnych struktur Partii Wolności (PVV), ugrupowania opowiadającego się za ochroną bezpieczeństwa mieszkańców, ograniczeniem imigracji i zaostrzeniem polityki azylowej.
W wyborach samorządowych, które odbyły się 18 marca 2026 roku, PVV zdobyła sześć z 23 mandatów w radzie gminy Papendrecht. Był to pierwszy start partii w tej miejscowości, a uzyskany wynik uczynił ją największym ugrupowaniem w radzie.
Wynik pokazał, że sprzeciw wobec dotychczasowej polityki przyjmowania azylantów stał się ważnym tematem lokalnej debaty. Dla części mieszkańców istotne było nie tylko to, czy w ich sąsiedztwie powstanie kolejny ośrodek, lecz także to, czy władze gminy mają rzeczywisty wpływ na decyzje podejmowane w Hadze, czyli siedzibie holenderskiego rządu.
PVV podjęła rozmowy koalicyjne z VVD oraz lokalnym ugrupowaniem Onafhankelijk Papendrecht. Wynegocjowane porozumienie przewidywało, że w gminie nie powstaną nowe miejsca dla azylantów, a umowa dotycząca ośrodka nie zostanie przedłużona.
Ostatecznie jednak planowana koalicja nie doszła do skutku. Jeden z radnych opuścił swój klub, co pozbawiło porozumienie większości. Rozmowy o utworzeniu władz gminy rozpoczęły następnie pozostałe ugrupowania, bez udziału PVV.
Dla De Ruiter oznaczało to, że wygrana w wyborach nie wystarczyła, aby zrealizować wszystkie zapowiedzi. Mimo to nie zamierzała wycofywać się z działalności politycznej.
Prawo ustanowione w Hadze, konsekwencje ponoszone przez mieszkańców
Spór w Papendrecht dotyczy szerszego problemu holenderskiej polityki migracyjnej. Chodzi o tak zwaną Spreidingswet, czyli ustawę o rozmieszczaniu osób ubiegających się o azyl.
Jej celem jest bardziej równomierne rozłożenie obowiązku zapewnienia miejsc dla azylantów pomiędzy poszczególne gminy. Władze centralne starają się w ten sposób przeciwdziałać sytuacji, w której część ośrodków jest przeciążona, a inne miejscowości przyjmują niewielu cudzoziemców lub nie przyjmują ich wcale.
Problem jednak polega na tym, że gminy mogą być zobowiązywane do organizowania miejsc dla azylantów mimo sprzeciwu części mieszkańców i lokalnych przedstawicieli.
Właśnie ten konflikt stał się jednym z głównych motywów działalności De Ruiter. Jak sama twierdzi, samorząd nie powinien ograniczać się do wykonywania poleceń władz centralnych, lecz musi brać odpowiedzialność za bezpieczeństwo i potrzeby lokalnej społeczności.
W sprawie Papendrecht stowarzyszenie mieszkańców zwróciło się do sądu. W styczniu sąd dopuścił uruchomienie ośrodka pod warunkiem wcześniejszego przygotowania planu bezpieczeństwa. Ten element jest istotny: spór nie dotyczył wyłącznie politycznych deklaracji, ale również warunków, na jakich placówka mogła rozpocząć działalność.
„Jeśli dom jest zalewany, trzeba zakręcić kran”
De Ruiter nie ogranicza swojej krytyki do pojedynczego ośrodka. Na szczeblu krajowym opowiada się za zamknięciem granic, argumentując, że państwo powinno przede wszystkim ograniczyć napływ osób, zamiast bez końca szukać nowych miejsc ich zakwaterowania.
Swoje stanowisko wyjaśnia obrazowym porównaniem:
„Jeśli twój dom jest zalewany, bo kran pozostaje odkręcony, nie kupujesz wiader, żeby wylać wodę. Zakręcasz kran”.
Mówi głośno o tym, że polityka azylowa skupia się na zarządzaniu skutkami migracji, zamiast ograniczać sam napływ cudzoziemców. To punkt wyjścia do szerszej dyskusji o granicach odpowiedzialności państwa, możliwościach integracji i kosztach przyjmowania kolejnych osób.
Zwolennicy ustawy o rozmieszczaniu azylantów wskazują natomiast, że państwo musi zapewnić miejsca osobom, których wnioski o ochronę są rozpatrywane, a rozłożenie obowiązków pomiędzy gminy ma zapobiegać przeciążeniu poszczególnych ośrodków.
Spór dotyczy zatem zarówno skali migracji, jak i tego, kto powinien podejmować decyzje oraz w jaki sposób uwzględniać głos mieszkańców.

Matka, która nie chciała pozostać obojętna
De Ruiter przyznaje, że działalność polityczna wiąże się również z osobistymi kosztami. Po sukcesie wyborczym musiała zmierzyć się z ostrymi reakcjami przeciwników. Jak opowiada, pod jej adresem padały określenia takie jak „faszystka”, „rasistka” czy „nazistka”.
Nie zamierza jednak rezygnować z zaangażowania. Podkreśla, że jej motywacja pozostaje związana przede wszystkim z przyszłością syna. Chce, aby dorastał w społeczeństwie, w którym będzie mógł czuć się bezpiecznie.
To właśnie troska matki o przyszłość własnego dziecka nadaje tej historii głębszy wymiar.
Rodzice nie mogą pozostawać obojętni wobec decyzji, które mogą wpływać na bezpieczeństwo ich rodzin, warunki wychowania dzieci i przyszłość lokalnej wspólnoty. To na nich w pierwszej kolejności spoczywa obowiązek troski o potomstwo, a władze publiczne powinny wspierać rodzinę w wypełnianiu tego zadania, a nie lekceważyć jej uzasadnione obawy.
Historia Nikity de Ruiter z Holandii przypomina, że odpowiedzialność za przyszłe pokolenia nie kończy się na wychowaniu własnych dzieci. Obejmuje również troskę o dobro wspólne, bezpieczeństwo sąsiadów i warunki, w jakich młodzi ludzie będą dorastać.
Dlatego rodzice mają prawo zabierać głos w sprawach publicznych i oczekiwać, że ich głos zostanie potraktowany poważnie.
Samorząd ma służyć mieszkańcom
De Ruiter utrzymuje kontakt z przedstawicielami innych holenderskich gmin, którzy również podkreślają, że władze publiczne powinny w pierwszej kolejności troszczyć się o bezpieczeństwo mieszkańców, dobro rodzin i ochronę lokalnych wspólnot, prowadząc odpowiedzialną politykę migracyjną. Wymieniają się doświadczeniami i rozmawiają o sposobach działania.
Jej przesłanie do lokalnych radnych jest proste: nie powinni rezygnować z przedstawiania stanowiska mieszkańców tylko dlatego, że decyzje w sprawie polityki azylowej zapadają na szczeblu krajowym.
Historia De Ruiter unaocznia również, że decyzje dotyczące migracji nie są dla mieszkańców wyłącznie abstrakcyjnym sporem o prawo. Mogą wpływać na ich poczucie bezpieczeństwa, stosunek do władz i przekonanie, czy ich głos ma znaczenie.
Co ta historia mówi o przyszłości Europy i Polski?
Spór w Papendrecht w Holandii pokazuje, że polityka migracyjna nie jest wyłącznie kwestią urzędowych decyzji. Dotyczy bezpieczeństwa rodzin, przyszłości dzieci i prawa lokalnych społeczności do zabierania głosu w sprawach, które bezpośrednio wpływają na ich życie.
Troska o dobro wspólne wymaga od państwa roztropności i odpowiedzialności za własnych obywateli. Poszanowanie godności każdego człowieka nie oznacza rezygnacji z kontroli granic ani prawa do prowadzenia odpowiedzialnej polityki migracyjnej. Władze powinny uwzględniać bezpieczeństwo mieszkańców, możliwości państwa i głos rodziców zatroskanych o przyszłość swoich dzieci.
Holenderskie doświadczenia są również ważną lekcją dla Polski. Nie powinniśmy czekać, aż podobne spory staną się naszą codziennością. Kampania „Polska Katolicka, nie laicka” przypomina, że troska o Ojczyznę wymaga zainteresowania decyzjami rządzących, odwagi w zabieraniu głosu i konkretnych działań na rzecz dobra wspólnego. Dlatego nagłaśnianie ważnych spraw, podpisywanie petycji i domaganie się odpowiedzialności od osób sprawujących władzę mają znaczenie.
Przyszłość Polski i bezpieczeństwo kolejnych pokoleń nie mogą być nam obojętne.