W Polsce aborcja jest „zakazana”. Dlatego robi się jej pięć razy więcej?

Michał Rogalski | 07/09/2026
Oficjalnie żyjemy w kraju, w którym obowiązują jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów dotyczących aborcji w Europie. Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2020 r. zabieg wolno wykonać tylko wtedy, gdy ciąża zagraża życiu lub zdrowiu kobiety albo gdy jest skutkiem gwałtu czy kazirodztwa. Oficjalnie państwo „chroni życie od poczęcia”.
A teraz oficjalne liczby
W 2022 r. polskie szpitale wykonały ok. 160 legalnych aborcji. W 2023 r. — 425. W 2024 r. — już ok. 885–896. W 2025 r. — 846. To nie jest „lekki wzrost”. To ponad pięciokrotny skok w ciągu dwóch lat. Z poziomu, który po wyroku TK wyglądał jak niemal całkowity zanik aborcji w systemie publicznym, wróciliśmy — a nawet przekroczyliśmy — skalę sprzed zaostrzenia, tylko inną drogą.
I tu zaczyna się część, której nie da się wyjaśnić samymi statystykami dotyczącymi gwałtów.
Gdyby wzrost liczby legalnych aborcji wynikał przede wszystkim z tego, że coraz więcej ciąż jest skutkiem gwałtu, należałoby oczekiwać podobnego skoku w statystykach dotyczących tego przestępstwa. Tymczasem liczba stwierdzonych przestępstw z art. 197 k.k. wyniosła 1116 w 2022 r., 1114 w 2023 r., 1112 w 2024 r. i 1104 w 2025 r. Nie widać tu żadnej eksplozji.
Nie oznacza to oczywiście, że statystyki policyjne pokazują pełną liczbę gwałtów. Pokazują jednak coś istotnego: nie ma w nich wzrostu porównywalnego ze wzrostem liczby aborcji wykonywanych w szpitalach.
Co więc się zmieniło?
Przede wszystkim praktyka interpretowania przesłanki zagrożenia zdrowia. Po wytycznych Ministerstwa Zdrowia z sierpnia 2024 r. zdrowie psychiczne zostało wyraźnie uwzględnione jako element zdrowia, którego zagrożenie może uzasadniać legalne przerwanie ciąży. Wskazano też, że do stwierdzenia takiego zagrożenia wystarczy opinia jednego lekarza.
Prawo formalnie pozostało to samo. Zmieniła się praktyka jego stosowania.
Ale oficjalne statystyki pokazują tylko fragment tego, co dzieje się poza systemem.
Organizacje aborcyjne same podają, że liczba aborcji przeprowadzanych poza szpitalami ma być wielokrotnie większa od liczby zabiegów wykonywanych oficjalnie. Mówią o dziesiątkach, a nawet setkach tysięcy przypadków rocznie, z których zdecydowana większość ma odbywać się w domach przy użyciu tabletek.
I właśnie tutaj pojawia się zasadniczy problem z tymi liczbami.
Nie są to dane państwowego systemu statystycznego. Są to deklaracje i szacunki organizacji, które same angażują się w organizowanie dostępu do aborcji i pomoc w jej przeprowadzaniu. Nie istnieje niezależny rejestr, który pozwalałby zweryfikować, ile dokładnie takich przypadków miało miejsce.
Zakaz, który działa jak reklama
Najzabawniejsze — w tym gorzkim sensie, w którym śmiech już nie jest śmiechem — jest to, że im głośniej powtarza się frazę „w Polsce aborcja jest nielegalna”, tym sprawniej rozkręca się równoległy obieg. Kobieta, która sama zażyje pigułki, nie idzie do więzienia. Za to ci, którzy od lat uczą, skąd wziąć tabletki, jak je zażyć i że „równie dobrym miejscem na aborcję będzie twoja własna łazienka”, działają przy ulicy Wiejskiej, naprzeciw Sejmu, z grafiką, newsletterem i zbiórką na „przyjaźń, która zmienia świat”.
Placówka Abotak, otwarta 8 marca 2025 r. przez Aborcyjny Dream Team, nie udaje, że jest poradnią laktacyjną. Sama pisze: politycy nie dotrzymali słowa, więc „zrobiłyśmy to za nich”. Po pierwszym roku chwaliły się 98 aborcjami na miejscu i ponad 500 konsultacjami. Sieć, do której należą, mówi o ok. 130 osobach dziennie i dziesiątkach tysięcy rocznie. Na stronie można umówić się na zabieg, zamówić tabletki przez Women Help Women, zadzwonić na infolinię i usłyszeć, że łazienka też jest ok. To nie jest podziemie. To jest punkt z godzinami otwarcia.
I teraz pytanie, które w normalnym państwie powinno paść samo: jeśli prawo karne nadal przewiduje odpowiedzialność za pomoc w nielegalnym przerwaniu ciąży, to czym — w języku tego prawa — jest stacjonarny punkt naprzeciw parlamentu, który otwarcie nabiera chętnych na tabletkową aborcję poza ustawowymi przesłankami?
Odpowiedź praktyczna brzmi: niczym, czego służby nie potrafiłyby zauważyć. Bo zauważyć musiały. Abotak nie działa w lesie. Działa przy Wiejskiej 9. Działa tak głośno, że w lipcu 2026 r. Meta blokowała im konta razem z innymi organizacjami proaborcyjnymi — i to nie państwo polskie było tu głównym problemem, tylko algorytm Facebooka. A gdy fundacje pro-life pikietują pod tą samą przychodnią, sprzęt protestujących potrafi zniknąć szybciej niż pytanie prokuratora o legalność „pierwszej przychodni aborcyjnej w Polsce”.
Sarkazm pisze się sam. Państwo, które nie umie uchwalić nowej ustawy, umie za to nie widzieć tego, co wisi na banerze naprzeciw Sejmu. Klauzula sumienia lekarza w szpitalu powiatowym wciąż potrafi zatrzymać zabieg. Klauzula sumienia Rzeczypospospolitej wobec punktu, który zaprasza na aborcję „przed Sejmem”, jakoś nie działa.
Nie legalizacja przez Sejm. Legalizacja przez obyczaj
Nie trzeba zmieniać ustawy, żeby zmienić rzeczywistość. Wystarczy wytyczna ministra, orzeczenie psychiatry, pigułka z zagranicy i organizacja, która mówi kobiecie: nie pytaj, czy wolno — pytaj, jak. Sejm się kłóci. Prezydent wetuje inne ustawy. Koalicja nie ma większości na „aborcję na życzenie”. A liczba zabiegów w systemie i poza systemem i tak idzie w górę, bo ktoś zdecydował, że zakaz ma pozostać na papierze, a praktyka ma wyglądać jak w kraju, w którym tego zakazu nie ma.
To jest ten mechanizm, którego nie opisze żaden komunikat Ministerstwa Zdrowia. Najpierw mówi się: „przecież aborcja jest u nas niemal zakazana”. Potem pokazuje się wykres z pięciokrotnym wzrostem. Potem dodaje się: „to tylko zdrowie kobiety”. Potem okazuje się, że zdrowie znaczy też „nie chcę”. A na końcu stoi punkt z herbatą i termoforem, który tłumaczy nastolatce z akademika, że rodzice nie muszą wiedzieć.
Można to nazywać empatią. Można nazywać to obchodzeniem prawa. Nie można nazywać tego przypadkiem.
Co można zrobić, skoro Sejm udaje, że nie widzi
Nie, jedna petycja nie zmieni Kodeksu karnego w przyszły wtorek. Kto obiecuje coś takiego, kłamie. Ale kłamie też ten, kto mówi, że podpis „do niczego nie służy”.
Petycja nie jest wyrokiem sądu. Jest termometrem. Pokazuje, że sprzeciw nie jest „niszową obsesją”, tylko zorganizowaną opinią, której nie da się już schować do szuflady. Zanim zmienią się ustawy, musi stać się widoczne przekonanie, że życie dziecka poczętego nie jest tematem do wytycznych departamentu. Właśnie o tym pisze tekst Petycje do niczego nie służą. Na pewno? (link do artykułu) na stronie polskakaktolicka.org: petycja nie tworzy opinii z niczego — wydobywa tę, która już jest, i zamienia rozproszone „nie zgadzam się” w fakt polityczny. Rządy rzadko rządzą długo wbrew temu, co społeczeństwo potrafi nazwać na głos.
Dlatego warto podpisać konkretną petycję:
Adresaci są precyzyjni: Marszałek Sejmu i szefowie klubów. Żądanie też: odrzucać każdy projekt, który rozszerza aborcję, także przez pigułki i eugenikę. Na liczniku jest już ponad 21 tysięcy podpisów przy celu 30 tysięcy. To wciąż za mało, żeby przestraszyć maszynę. To już dość, żeby nie dało się powiedzieć: „nikt tego nie podnosi”.
Podpis ma sens z kilku powodów, które nie brzmią jak kazanie, tylko jak polityka:- Zostawia ślad. Poseł, który za chwilę znów wyjmie z sejmowej zamrażarki projekt aborcji na życzenie do 12. tygodnia, będzie wiedział, że nie działa w próżni. Że są wyborcy, którzy to widzą i zapamiętają.
- Łączy ludzi, którzy osobno pozostają niewidoczni. Pojedynczy głos łatwo ginie wśród tysięcy innych spraw. Setki czy tysiące podobnych głosów tworzą już sygnał, którego politycy nie mogą tak łatwo zignorować. Z czasem może on stać się tematem interpelacji, konferencji prasowej czy pytania zadanego ministrowi.
- Broni najsłabszego, który sam nie może zabrać głosu. Dziecko w łonie matki nie napisze maila do kancelarii Sejmu, nie zadzwoni do posła i nie zagłosuje w wyborach. Ktoś musi upomnieć się o jego życie w jego imieniu.
- Nie oddaje całej przestrzeni zwolennikom aborcji. Jeśli organizacje aborcyjne mogą prowadzić swoją działalność naprzeciwko parlamentu i budować wokół niej przekaz polityczny, obrońcy życia również mogą być widoczni. Mogą pokazywać nazwiska, zadawać pytania i przypominać politykom, że decyzje dotyczące życia nienarodzonych dzieci mają swoich świadków.
Można wzruszyć ramionami i powiedzieć, że i tak nic z tego nie będzie. Można też zauważyć, że dokładnie tak samo zaczynało się wiele spraw, które najpierw lekceważono jako „internetowe petycje”, a później okazywały się częścią większej zmiany społecznej i politycznej.
Dziś mamy ponad pięciokrotny wzrost liczby aborcji wykonywanych oficjalnie w szpitalach w ciągu dwóch lat, przy względnie stabilnych statystykach dotyczących zgwałceń. Mamy też organizacje aborcyjne działające coraz bliżej centrum politycznej władzy i państwo, które — mimo obowiązujących przepisów — ma coraz większy problem z kontrolowaniem tego, co dzieje się poza systemem.
Jeśli to ma być „ochrona życia”, trudno uznać, że państwo radzi sobie z tym zadaniem dobrze.
Podpis nie zastąpi ustawy. Nie zastąpi też decyzji polityków. Ale milczenie zostawia im wolną rękę.