
Michał Rogalski | 17/03/2026
Obserwujemy dziś w Sejmie dwutorowy atak na fundamenty polskiego społeczeństwa. Z jednej strony forsuje się ustawę o tzw. „statusie osoby najbliższej”, która ma być tylnymi drzwiami dla związków partnerskich, a z drugiej – wprowadza się „rozwody administracyjne”, by raz zawarte małżeństwo można było rozwiązać równie łatwo, co umowę na telefon.
To spójna strategia: najpierw zrównać konkubinaty i „związki jednopłciowe” z małżeństwem, a potem z samego małżeństwa uczynić nietrwały kontrakt, z którego ucieczka jest szybka, tania i pozbawiona głębszej refleksji.
„Status osoby najbliższej” – przywileje bez odpowiedzialności
Podczas niedawnych obrad komisji (10 marca) padły słowa, które obnażają prawdziwy cel nowych przepisów. Choć minister Katarzyna Kotula przekonuje o „godności”, my jako katolicy musimy zapytać o fundament tej godności – czyli o odpowiedzialność. Małżeństwo w nauczaniu Kościoła i w porządku prawa naturalnego to trzy błogosławieństwa: potomstwo, wierność oraz sakrament (Pius XI, encyklika Casti connubii, 10).
Forsowanie nowej instytucji prawnej dla par jednopłciowych czy osób żyjących w wolnych związkach to próba uzyskania społecznego prestiżu i ulg podatkowych. Relacje te z natury nie chcą lub nie mogą podjąć obowiązków, jakie niesie ze sobą małżeństwo. Jak słusznie zauważono podczas sejmowej dyskusji: „Rodzina to mama i tata, w tym kierunku idźmy”. Przyznawanie statusu „najbliższej osoby” na drodze urzędowej deklaracji ograbia małżeństwo z jego unikalności. Jeśli każda relacja ma być prawnie zrównana z małżeństwem, to w rzeczywistości żadna z nich nie jest traktowana jako fundament społeczeństwa.
Rozwód w urzędzie, czyli małżeństwo na chwilę
Dopełnieniem tej ideologicznej ofensywy jest uchwalona 13 marca br. ustawa o rozwodach przed kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego. To rozwiązanie jest jawnym przyzwoleniem na brak walki o jedność rodziny.
Wiemy, że kryzysy w małżeństwie są wezwaniem do naprawy, przebaczenia i ponownego podjęcia odpowiedzialności, a nie do wizyty w urzędowym okienku. Państwo, zamiast oferować wsparcie w ratowaniu związku, oferuje „szybszą ścieżkę” za 600 złotych.
Totalne zniszczenie idei rodziny
Zestawienie tych dwóch projektów ukazuje głęboką hipokryzję: z jednej strony środowiska te oczekują prawnych przywilejów dla nowych form związków, a z drugiej – te same środowiska dążą do maksymalnego ułatwienia rozpadu małżeństw już istniejących. To nie jest troska o obywatela, to ideologiczna inżynieria, która ma zastąpić Boży ład modelem relacji opartych wyłącznie na doraźnej satysfakcji.
Jako katolicy musimy głośno powiedzieć: małżeństwo to nie jest produkt, który można zareklamować lub zwrócić, gdy przestanie nam odpowiadać. To powołanie, do którego należy się rzetelnie przygotować, a gdy pojawiają się trudności – podjąć trud ich rozwiązania. Prawdziwa miłość nie szuka ułatwień w urzędowych formularzach, ale siły w wierności danemu słowu.
„Jak nie będzie dzieci, to nie będzie ojczyzny” – to stwierdzenie poseł Kurowskiej przypomina o prostej prawdzie: państwo powinno premiować trwałość i stabilność, bo tylko one gwarantują przetrwanie narodu.
Czas na opór sumienia
Nie możemy godzić się na to, by Polska stała się krajem, gdzie rodzina jest tylko „jedną z opcji”, a nie świętością podlegającą szczególnej ochronie. Naszą odpowiedzią musi być świadectwo silnych i odpowiedzialnych małżeństw, które w obliczu kryzysu wybierają pracę nad sobą i modlitwę, a nie najkrótszą drogę do urzędu.