Michał Roglaski | 26/08/2026
„Kobiety po prostu nie zabijają swoich dzieci w ten sposób”. Takie słowa słychać często, gdy pojawia się sprawa Lindsay Clancy – Amerykanki, która udusiła troje swoich już urodzonych dzieci: pięcioletnią córkę oraz trzyletniego i ośmiomiesięcznego syna. Przed sądem stają kobiety w różowych koszulkach Planned Parenthood, zbierane są pieniądze, pojawiają się hasła o solidaryzowaniu się z matką, która „nie była sobą”. Wielu jest zaskoczonych.
Czy powinniśmy być zaskoczeni?
Przecież od ponad pół wieku rewolucyjna propaganda powtarza jeden komunikat: kobieta ma prawo zakończyć życie własnego dziecka. Celowo. Legalnie. W określonych okolicznościach. I że to prawo należy bronić głośno i bez kompleksów. Przez dekady społeczeństwo jest zapewniane, że w pewnych sytuacjach zabicie własnego dziecka może być usprawiedliwione. Że to kwestia „wyboru”, autonomii, zdrowia psychicznego albo trudnej sytuacji życiowej.
Jeśli ktoś przez całe życie słyszy, że matczyne ciało daje absolutne prawo decydowania o życiu i śmierci dziecka, nie powinien być zaskoczony, gdy w skrajnym przypadku część osób zaczyna szukać usprawiedliwień także dla matki, która zabiła już urodzone dzieci. Mechanizm jest ten sam. Dziecko przestaje być osobą z własnym prawem do życia, a staje się problemem, którego rozwiązanie leży wyłącznie w gestii matki.
Kultura, która przez dziesięciolecia normalizowała zabijanie dzieci przed urodzeniem, osłabia odruch, który kiedyś był niemal oczywisty: że matka nie zabija własnego dziecka. Że to granica, której się nie przekracza.
Dlatego zdanie „kobiety po prostu tego nie robią” brzmi dziś coraz mniej przekonująco. Bo rewolucyjna kultura od dawna mówi coś innego: że w pewnych warunkach to robią. I że mają do tego prawo.
W Polsce właśnie toczymy tę samą bitwę. Środowiska aborcyjne i ich polityczni sojusznicy nieustannie naciskają na liberalizację prawa. Chcą, żeby zabijanie nienarodzonych dzieci stało się „prawem kobiety”, a nie przestępstwem. Mówią o „wyborze”, „zdrowiu psychicznym”, „trudnej sytuacji”. Dokładnie te same argumenty, które później pozwalają części osób bronić matki, która zabiła już urodzone dzieci.
Dlatego nie możemy ustąpić ani o krok.
Dlatego mówimy głośno: NIE dla mordowania niewiniątek.
Każda próba legalizacji aborcji to nie tylko zmiana paragrafu. To kolejny krok w kierunku kultury, w której życie dziecka – nienarodzonego czy już urodzonego – przestaje być nienaruszalne. Sprawa Lindsay Clancy jest drastycznym, ale logicznym skutkiem takiej drogi.
Najbardziej zaskakujące nie jest to, że znajdują się ludzie gotowi bronić matki, która zabiła swoje dzieci.
Najbardziej zaskakujące jest to, że wciąż udajemy, jakoby społeczeństwo przez ostatnie pół wieku nie było zarzucane propagandą, że w odpowiednich okolicznościach zabicie własnego dziecka może być uzasadnione.
Nie dajmy się zwieść. Brońmy świętości życia – każdego życia.