Fot: Screen
Michał Rogalski | 15/09/2026
Za nami dwa tygodnie nowego roku szkolnego. Uczniowie wrócili do klas, plany lekcji zostały ułożone, a jedna z najbardziej kontrowersyjnych reform Ministerstwa Edukacji Narodowej weszła w życie. Edukacja zdrowotna jest już przedmiotem obowiązkowym.
Nie byłoby powodu do zasadniczego sporu, gdyby chodziło wyłącznie o pierwszą pomoc, zdrowe odżywianie, aktywność fizyczną, profilaktykę uzależnień czy higienę. Dzieci potrzebują rzetelnej wiedzy w tych dziedzinach.
Problem zaczyna się tam, gdzie pod szerokim pojęciem „zdrowia” państwo zaczyna zajmować się również obrazem relacji, rodziny, postaw i sposobu patrzenia młodego człowieka na siebie oraz innych.
Dla rodziców jest to sprawa zasadnicza. To oni są pierwszymi wychowawcami swoich dzieci. Szkoła ma im pomagać, a państwo tworzyć warunki, w których mogą ten obowiązek wykonywać. Żaden minister nie otrzymuje wraz z objęciem urzędu prawa do zastępowania rodziny.
Tym bardziej niepokoi sposób, w jaki MEN doprowadziło do obecnej sytuacji.
Rok temu rodzice mieli wybór. W następstwie około 70 proc. uprawnionych uczniów nie uczestniczyło w edukacji zdrowotnej. Od tego roku zasadnicza część przedmiotu jest obowiązkowa.
Trudno o bardziej wymowną sekwencję wydarzeń.
Gdy pozostawiono wybór, większość nie skorzystała
W roku szkolnym 2025/2026 edukacja zdrowotna była przedmiotem nieobowiązkowym. Według danych samego Ministerstwa Edukacji Narodowej uczestniczyło w niej 921 235 uczniów, czyli około 30 proc. wszystkich uprawnionych.
W szkołach ponadpodstawowych wynik był jeszcze niższy. W liceach na zajęcia uczęszczało około 10 proc. uczniów, w technikach niespełna 8 proc.
Tak ogromna skala rezygnacji powinna uruchomić w Ministerstwie alarm.
Dlaczego rodzice nie chcą tego przedmiotu? Czego się obawiają? Dlaczego resort nie potrafił zdobyć ich zaufania? Czy program jest rzeczywiście skonstruowany w taki sposób, żeby rodzice mogli bez obaw powierzyć szkole część wychowania swoich dzieci?
Można było pytać.
Można było słuchać.
Można było przekonywać.
MEN wybrało inną drogę.
Nie chcecie? Od września nie będziecie mogli już wybierać
Od roku szkolnego 2026/2027 edukacja zdrowotna jest obowiązkowa w klasach IV–VIII szkół podstawowych oraz przez dwa lata w szkołach ponadpodstawowych.
Państwo pozostawiło rodzicom możliwość decyzji. Zdecydowana większość uprawnionych uczniów z zajęć nie korzystała. Rok później możliwość rezygnacji z zasadniczej części przedmiotu została zlikwidowana.
Można oczywiście powiedzieć, że państwo ma prawo ustalać obowiązkowy program nauczania. To prawda. Nikt rozsądny nie domaga się możliwości wypisania dziecka z matematyki, języka polskiego czy geografii. Tyle że edukacja zdrowotna nie ogranicza się do przekazywania wiedzy biologicznej czy medycznej.
MEN przewiduje w jej ramach obszary dotyczące zdrowia psychicznego i społecznego, relacji oraz dział nazwany wprost „Wartości i postawy”. A w tym miejscu pojawia się problem, którego nie można sprowadzić do technicznej dyskusji o szkolnym planie lekcji.
Gdzie kończy się nauczanie, a zaczyna wychowanie?
Dziecko nie należy do państwa
Odpowiedź zaczyna się od rzeczy bardzo prostej. Rodzina jest ważniejsza niż państwo.
To nie administracja powierza rodzicom dzieci i nie minister określa, jak daleko sięgają ich obowiązki wychowawcze. Rodzice, przyjmując dziecko na świat, przyjmują odpowiedzialność za jego rozwój i mają pierwszeństwo w jego wychowaniu. Państwo oraz szkoła powinny im w tym pomagać.
Takie rozumienie rodziny nie oznacza wojny ze szkołą.
Dobra szkoła jest rodzicom potrzebna. Dobry nauczyciel może odegrać ogromną rolę w życiu młodego człowieka. Państwo ma również obowiązek zapewnić dzieciom dostęp do wiedzy i chronić je przed rzeczywistymi zagrożeniami.
Ale pomocnicza rola państwa ma swoje granice.
Szkoła wspiera rodziców w wychowaniu dziecka. Nie otrzymuje prawa do wychowywania go zamiast nich.
MEN zrobiło krok wstecz. Nie rozwiązało jednak problemu
Rzetelność wymaga odnotowania ważnej zmiany względem wcześniejszych planów Ministerstwa. Treści bezpośrednio dotyczące zdrowia seksualnego zostały wydzielone z zasadniczej części przedmiotu. Funkcjonują obecnie jako osobne zajęcia „edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne”. Nie są one obowiązkowe.
Rodzic niepełnoletniego ucznia może złożyć pisemną rezygnację z udziału dziecka. Pełnoletni uczeń może zdecydować sam. To istotna zmiana i nie będziemy udawać, że jej nie było.
Ale wydzielenie kilku godzin zajęć nie odpowiada na znacznie szersze pytanie:
czy wszystko, co pozostało w obowiązkowej części edukacji zdrowotnej, należy wyłącznie do kompetencji szkoły?
Problem od początku był bowiem większy niż sama edukacja seksualna.
Kto ma kształtować postawy dziecka?
Jeżeli nauczyciel pokazuje uczniowi, jak udzielić pierwszej pomocy, sytuacja jest jasna. Jeżeli wyjaśnia skutki palenia papierosów, picia alkoholu czy zażywania narkotyków, również trudno dopatrywać się tutaj konfliktu pomiędzy szkołą a rodziną. Jeżeli uczy zasad prawidłowego żywienia i aktywności fizycznej – bardzo dobrze.
Ale MEN samo przewiduje w obowiązkowym przedmiocie obszar nazwany „Wartości i postawy”.
Wtedy trzeba zapytać:
Według jakiej wizji człowieka mają być kształtowane te postawy?
Jak będzie przedstawiana rodzina? Jak rozumiane będą dobro i zło, odpowiedzialność, wolność oraz relacje między ludźmi? Jak daleko nauczyciel ma wejść w obszar, który do tej pory należał przede wszystkim do wychowania rodzinnego?
Dla rodziców są to pytania fundamentalne.
Katolickie wychowanie nie kończy się przy szkolnej bramie
Katolicy nie patrzą na człowieka wyłącznie jak na organizm, którego zdrowie można opisać zestawem parametrów. Człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boże, posiada godność. Jest istotą cielesną i duchową. Wolność łączy się z odpowiedzialnością. Nasze wybory mają konsekwencje nie tylko zdrowotne, ale również moralne.
Rodzina nie jest jedynie jednym z wielu możliwych układów społecznych, które państwo może dowolnie definiować na potrzeby programu szkolnego.
Dlatego rodzice mają nie tylko prawo, ale również obowiązek interesować się tym, czego szkoła uczy ich dzieci o człowieku, rodzinie, odpowiedzialności i relacjach z innymi. Nie można więc powiedzieć: „To tylko edukacja zdrowotna”.
Jeżeli zakres przedmiotu wychodzi poza anatomię, profilaktykę i wiedzę medyczną, rodzice mają prawo patrzeć państwu na ręce.
Zdrowie nie może być słowem, które kończy dyskusję
Tutaj kryje się jedno z największych niebezpieczeństw całej koncepcji. Pojęcie zdrowia można rozumieć niezwykle szeroko: zdrowie fizyczne, psychiczne, społeczne, relacje, dobrostan, postawy i zachowania.
Jeżeli wszystkie te obszary zostaną objęte jednym pojęciem, bardzo łatwo stworzyć przedmiot, którego granice będą trudne do określenia. Samo umieszczenie czegoś pod szyldem „zdrowia” nie sprawia przecież, że znika spór dotyczący wychowania.
Rodzice mogą zgadzać się, że dzieci powinny otrzymywać rzetelną wiedzę o zdrowiu psychicznym, a jednocześnie pytać, jak będzie ona przekazywana. Mogą popierać edukację dotyczącą relacji międzyludzkich i nie zgadzać się z konkretną wizją rodziny.
Mogą chcieć ochrony dzieci przed przemocą i równocześnie domagać się, aby szkoła respektowała ich przekonania moralne. To nie są sprzeczności, ale istota odpowiedzialnego rodzicielstwa.
Ministerstwo coraz chętniej urządza szkołę ponad głowami rodziców
Spór o edukację zdrowotną nie odbywa się w próżni.
W ostatnich latach MEN wprowadza kolejne głębokie zmiany w polskiej szkole, wywołując przy tym sprzeciw części rodziców i nauczycieli. Jednym z najbardziej widocznych przykładów były ograniczenia dotyczące prac domowych. Reforma wywołała poważne kontrowersje, a resort później korygował przyjęte rozwiązania.
Widać pewien niepokojący sposób działania.
Ministerstwo przedstawia swoją wizję szkoły jako konieczną modernizację. Krytyczne głosy rodziców często traktowane są jak przeszkoda, którą trzeba przezwyciężyć, zamiast jak głos ludzi ponoszących pierwszą odpowiedzialność za wychowanie dzieci.
W przypadku edukacji zdrowotnej widać to szczególnie wyraźnie: rodzice dostali możliwość wyboru, z której w ogromnej liczbie skorzystali. Odpowiedzią był obowiązek.
Konstytucja nie traktuje rodziców jak petentów MEN
Katolickie rozumienie praw rodziny znajduje tutaj mocne oparcie również w polskim prawie.
Artykuł 48 Konstytucji RP stanowi: „Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”. Z kolei art. 53 chroni prawo rodziców do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego oraz religijnego zgodnego z ich przekonaniami. Oczywiście nie oznacza to nieograniczonej władzy rodzicielskiej ani możliwości dowolnego wykreślania elementów szkolnej podstawy programowej.
Ale z Konstytucji wynika coś niezwykle istotnego:
rodzice nie są petentami Ministerstwa Edukacji.
Państwo nie może traktować ich jak grupy, którą należy jedynie poinformować o przyjętym kierunku wychowania dzieci. Ma obowiązek respektować ich szczególną rolę.
Dziś Nowacka. Jutro ktoś zupełnie inny
Jest bardzo prosty sposób sprawdzenia, czy zakres władzy przyznawany Ministerstwu nie staje się zbyt szeroki.
Wyobraźmy sobie, że za kilka lat wybory wygrywa zupełnie inna większość. Przychodzi nowy minister. Ma inne poglądy na człowieka, rodzinę, wychowanie oraz moralność i korzysta dokładnie z tych samych narzędzi, które państwo stworzyło dzisiaj. Czy zwolennicy obecnej reformy nadal powiedzą, że minister ma prawo poprzez obowiązkowe zajęcia kształtować postawy dzieci?
Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, problem nie leży w nazwisku ministra. Leży w zakresie władzy państwa.
Nie chodzi o zdobycie władzy w państwie i wykorzystanie jego instytucji do narzucenia własnego wychowania. Chodzi o postawienie państwu granicy, której nie powinien przekraczać żaden rząd.
Rodzice powiedzieli „nie”. Czy Ministerstwo w ogóle ich usłyszało?
Wróćmy więc do punktu wyjścia.
Gdy edukacja zdrowotna była dobrowolna, uczestniczyło w niej około 30 proc. uprawnionych uczniów. Zamiast zachować możliwość wyboru, Ministerstwo zdecydowało, że od kolejnego roku zasadnicza część przedmiotu będzie obowiązkowa.
Można znaleźć dla tej decyzji administracyjne uzasadnienia. Trudniej nazwać ją przykładem wsłuchiwania się w głos rodziców. A rodziców nie trzeba zmuszać do dobrej szkoły. Trzeba stworzyć taką szkołę, której będą mogli zaufać.
Teraz trzeba patrzeć MEN i szkołom na ręce
Rozporządzenia zostały podpisane. Rok szkolny trwa. Nie oznacza to jednak, że rodzice mają już tylko zaakceptować sytuację. Teraz trzeba szczególnie uważnie obserwować, jak edukacja zdrowotna wygląda w praktyce.
Rodzice powinni wiedzieć, z jakich materiałów korzystają nauczyciele i w jaki sposób omawiane są zagadnienia związane z rodziną, relacjami oraz kształtowaniem postaw. Powinni otrzymywać jasne odpowiedzi na swoje pytania i pilnować rozdzielenia obowiązkowej edukacji zdrowotnej od nieobowiązkowych zajęć dotyczących zdrowia seksualnego.
Nie jest to przewrażliwienie. To wykonywanie obowiązku rodzicielskiego.
Wychowanie dziecka nie kończy się w chwili, kiedy przekracza ono próg szkoły.
Państwo ma pomagać rodzinie, a nie ją zastępować
To bardzo ważne, żeby dzieci znały zasady pierwszej pomocy, wiedziały, jak chronić się przed uzależnieniami, i rozumiały znaczenie aktywności fizycznej, prawidłowego odżywiania oraz higieny. Chcemy także, żeby szkoła potrafiła dostrzec dziecko przeżywające kryzys i pomóc mu uzyskać potrzebne wsparcie.
Ale z żadnego z tych postulatów nie wynika, że rodzice powinni oddać państwu kolejną część odpowiedzialności za wychowanie swoich dzieci.
Dobra szkoła współpracuje z rodziną. Złe państwo zaczyna uważać, że wie od niej lepiej.
I właśnie przed przekroczeniem tej granicy trzeba dzisiaj ostrzegać.
Podpisz petycję. Rodzice muszą upomnieć się o swoje prawa
Od początku sporu o edukację zdrowotną domagamy się poszanowania pierwszeństwa rodziców w wychowaniu własnych dzieci. Pod naszą petycją skierowaną do Prezesa Rady Ministrów podpisało się już ponad 17 tysięcy osób.
Dzisiaj edukacja zdrowotna nie jest już ministerialną zapowiedzią. Jest obowiązkowym przedmiotem. Dlatego nie możemy uznać sprawy za zamkniętą.
Pierwszymi wychowawcami dziecka są jego rodzice, a państwo powinno rodzinę wspierać, zamiast przejmować jej zadania – uznaj ten głos i podpisz naszą petycję.
Prześlij ją rodzinie, znajomym i innym rodzicom.
Nie pozwólmy, aby brak zgody rodziców był dla Ministerstwa problemem rozwiązywanym poprzez odebranie im możliwości wyboru.
Dzieci nie należą do państwa. Państwo ma służyć rodzinie, nie zastępować jej w wychowaniu.