Medycyna czy nowomowa? Minister Kotula ustala słownik „właściwych” słów

Medycyna czy nowomowa? Minister Kotula ustala słownik „właściwych” słów
Katarzyna Kotula | Fot. Tomasz Jędrzejowski / Pismo DRT.581.22.2026
Michał Rogalski 08/10/2026

Język medycyny istnieje po to, by nazywać rzeczy po imieniu. Anatomię, patologię, procedury, ich skutki i ryzyko. Nie po to, by zadowalać grzeszną ideologię. Dlatego pismo Katarzyny Kotuli z 25 września 2026 r. jest nie tylko niepokojące. Jest skandaliczne.

Pełnomocnik rządu ds. równości zwróciła się do Naczelnej Izby Lekarskiej, Krajowej Izby Ratowników Medycznych i Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych z żądaniem, by lekarze i personel medyczny zaczęli używać „wrażliwego” języka. W sprawie transpłciowości pisze wprost: określenie „zmiana płci” jest „zbyt dużym uproszczeniem”. Osoba transpłciowa „nie zmienia płci, lecz ją uzgadnia dokonując korekty płci (tranzycji)”. I prosi, by to pismo przekazano pracownikom ochrony zdrowia, „tak aby mogli i mogły się z nimi zapoznać i stosować w codziennej praktyce”.

To nie jest propozycja. To jest próba narzucenia medycynie ideologicznego słownika.

„Korekta” zdrowego ciała to nie korekta. To okaleczenie

Nazwijmy rzeczy po imieniu. W ramach chirurgicznej tranzycji wykonuje się orchiektomię – usunięcie zdrowych jąder. Ooforektomię – usunięcie zdrowych jajników. Histerektomię. Penektomię. Co znamienne, nawet WPATH, organizacja promująca medyczną tranzycję, przyznaje, że chirurgiczne usunięcie gonad – jąder lub jajników – jest procedurą nieodwracalną. Powoduje trwałą utratę płodności i endogennych hormonów. National Library of Medicine i National Cancer Institute definiują usunięcie lub zniszczenie gonad jako kastrację.

I właśnie te zabiegi minister Kotula każe nazywać „korektą”.

Korekta oznacza naprawę błędu. Usunięcie zdrowych narządów rozrodczych nie jest naprawą. Jest okaleczeniem. Jest kastracją w klasycznym, medycznym znaczeniu tego słowa. Zmiana słownika nie zmienia anatomii. Usunięta gonada nie odrasta dlatego, że władza nakazuje mówić o „uzgodnieniu”.

To jest absurd. To nowomowa w najczystszej postaci. Słowa przestają opisywać rzeczywistość. Zaczynają ją fałszować.


Człowiek nie decyduje o swojej płci

Najpoważniejszym problemem tego pisma nie jest nawet zawarte w nim medyczne zakłamanie. Jest nim zaprzeczenie elementarnej prawdzie o człowieku.

Człowieka powołał do życia Bóg. Płeć nie jest odczuciem ani deklaracją. Nie jest czymś, co można dowolnie uzgodnić czy zmienić. Jest rzeczywistością biologiczną, zakorzenioną w porządku stworzenia. Mężczyzna i kobieta. Chromosomy. Gonady. Anatomia. To nie jest „przypisanie”. To jest rzeczywistość.

Twierdzenie, że ktoś „nie zmienia płci, lecz ją uzgadnia”, jest nie tylko fałszywe. Jest szaleństwem. Jest próbą postawienia subiektywnego odczucia ponad stworzenie. Tutaj kryje się tutaj poważny błąd antropologiczny, a także niebezpieczeństwo moralne: pokusa odrzucenia porządku ustanowionego przez Boga i podporządkowania go własnej woli. Grzech nie polega jednak na samym doświadczaniu wewnętrznego konfliktu, lecz wiąże się ze świadomym i dobrowolnym wyborem zła. Dlatego należy odróżniać cierpienie konkretnego człowieka od moralnej oceny podejmowanych przez niego czynów.

Minister Kotula powołuje się na ICD-11. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zmieniła klasyfikację. Usunęła „transseksualizm” z zaburzeń psychicznych i wprowadziła „niezgodność płciową”. To fakt. Zmiana klasyfikacji diagnostycznej nie oznacza jednak zmiany ludzkiej anatomii ani biologicznych następstw zabiegów chirurgicznych. Orchiektomia pozostaje usunięciem jąder, a usunięcie zdrowych gonad nadal pociąga za sobą nieodwracalne konsekwencje. WHO może zmieniać terminologię medyczną, ale żadna klasyfikacja nie jest w stanie zmienić praw biologii ani rozstrzygnąć teologicznego pytania o naturę człowieka.

Empatia nie usprawiedliwia kłamstwa

Nikt rozsądny nie broni poniżania pacjenta. Lekarz ma obowiązek traktować każdego człowieka z godnością. To nie podlega dyskusji.

Miłość bliźniego nie oznacza jednak obowiązku uznawania za prawdziwe wszystkich przekonań drugiego człowieka ani rezygnacji z moralnej oceny jego czynów. Przeciwnie, autentyczna miłość nie może być oddzielona od prawdy, ponieważ przyzwolenie na błąd nie zawsze jest pomocą, a współczucie pozbawione rozeznania może prowadzić do pogłębiania ludzkiego zagubienia.

Minister Kotula nie prosi o kulturę. Prosi o przyjęcie określonej teorii tożsamości jako obowiązującego języka medycznego. Prosi, by lekarze przestali mówić o tym, co robią, i zaczęli mówić o tym, jak ideologia chce, by to wyglądało. To nie jest troska o pacjenta. To jest zarządzanie znaczeniami. To jest polityczna kontrola nad językiem profesji, która powinna opierać się na faktach, a nie na aktualnej linii władzy.

Warto dodać, że pismo wspomina również o niepełnosprawności – o odejściu od terminów „upośledzony umysłowo” na rzecz „osoby z niepełnosprawnością intelektualną”. To jednak temat poboczny. Można o nim dyskutować osobno. Tutaj służy jedynie jako dekoracja. Główny cios idzie w inną stronę: w biologię, w anatomię, w prawdę o płci.


Gdy ideologia wchodzi do medycyny

Konserwatywna krytyka tego dokumentu jest prosta i nie wymaga owijania w bawełnę.

Jeżeli wykonuje się orchiektomię – należy mówić o orchiektomii.
Jeżeli usuwa się jajniki – należy powiedzieć, że się je usuwa i jakie są tego skutki.
Jeżeli zabieg niszczy płodność na zawsze – pacjent musi to usłyszeć wprost.

Nie „korekta”. Nie „uzgodnienie”. Nie „afirmacja”.
To chirurgiczne usunięcie gonad. To trwała ingerencja w zdrowe ciało. To nieodwracalna procedura.

Medycyna traci swoją niezależność nie wtedy, gdy okazuje szacunek, lecz wtedy, gdy precyzja opisu zostaje podporządkowana temu, które słowa władza uzna za „wrażliwe”. A człowiek traci coś jeszcze ważniejszego, gdy pozwala, by ideologia dyktowała mu, kim jest – i kim ma być.

Pismo Katarzyny Kotuli nie jest zatem wyłącznie propozycją zmiany języka medycyny. Wpisuje się w znacznie głębszy spór o to, czy człowiek ma przyjmować swoją naturę jako dar Stwórcy, czy też może uznać własną wolę za ostateczne źródło prawdy o sobie.

Odpowiedź pozostaje jednoznaczna: wolność nie daje człowiekowi prawa do ustanawiania własnego porządku moralnego wbrew prawdzie o stworzeniu. Medycyna, jeśli ma rzeczywiście służyć człowiekowi, powinna pozostać wierna faktom, a nie podporządkowywać swój język politycznym oczekiwaniom.