Hiszpanie mają dość. Premier lekceważył szturm na Ceutę — teraz tłumy żądają dymisji

Hiszpanie mają dość. Premier lekceważył szturm na Ceutę — teraz tłumy żądają dymisji
Manifestacja w Madrycie, źródło: x.com
Michał Rogalski | 04/09/2026

Ponad 70 tysięcy osób szturmowało w dwa dni hiszpańską Ceutę — enklawę na afrykańskim brzegu, liczącą ok. 84 tysiące mieszkańców. Wchodzili przez płoty i wpław. Większość nie dostała się na Półwysep Iberyjski i wróciła. Zostało około 5 tysięcy, w tym ok. 1,2 tysiąca nieletnich (dane rządu; lokalne szacunki mówią nawet o 8–10 tysiącach). Życie w mieście nie wróciło do normy.

To nie był tylko kryzys graniczny. To był test, czy europejskie miasto — z tradycjami, rodzinami i własnym porządkiem — potrafi jeszcze powiedzieć „dość”, gdy w dwa dni zalewa je fala z drugiego brzegu: z krajów o innej wierze, innej kulturze, innym prawie i innym stosunku do kobiety.

2 września, w święto Ceuty, Hiszpanie wyszli na ulice w całym kraju. W Madrycie mer stolicy José Luis Martínez-Almeida podał 150 tysięcy uczestników (El Debate, El Español, Telemadrid). Rządowa delegatura — urząd podległy Madrytowi — mówiła o 50 tysiącach. W Maladze lokalna policja szacowała nawet 140 tysięcy. Tłumy stanęły też w Walencji, Sewilli, samej Ceucie, Las Palmas i dziesiątkach innych miast. Zbiórki odbyły się w setkach gmin. Hasło było jedno: „Ceuta nie jest na sprzedaż. Ceuta się broni” — oraz „Sánchez, do dymisji”.

Gwałtowny wzrost przestępczości

Jak podaje hiszpańska prokuratura od końca lipca prokuratura w Ceucie zarejestrowała 23 napaści seksualne, w tym dziewięć wobec dzieci. Silvia Rojas, prokurator generalna Ceuty, określiła to jako „niemal jeden przypadek dziennie”.

Jej słowa warto cytować bez owijania:

„Nastąpił wzrost przestępczości, w tym napaści seksualnych i gwałtownych rozbojów”.

„Doszło do wykładniczego wzrostu tych przestępstw od masowego napływu ludzi. Było wiele przypadków napaści seksualnych, a prokuratura jest szczególnie zaniepokojona ofiarami”.

„Przede wszystkim są ofiary nieletnie — ofiary szczególnie narażone właśnie dlatego, że przebywają na tym terytorium nielegalnie”.

„Wiele osób nie składa zawiadomienia albo ze strachu, albo ze względu na swoją obecną sytuację w Ceucie”.

Prokuratura żąda środków ochronnych: od zakazów zbliżania się po areszt tymczasowy.

Związki policji idą dalej. Rzecznik hiszpańskiej konfederacji policji CEP mówił o ośmiokrotnym wzroście przestępczości (POLITICO). Inny związek, JUPOL, podawał, że numer alarmowy zamiast 20–30 zgłoszeń dziennie przyjmuje ponad 200 (El Español). Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oficjalnych statystyk po 30 lipca jeszcze nie potwierdziło. Ulica nie czekała na tabelkę.

Gdy w chrześcijańskim mieście w ciągu miesiąca prokuratura liczy gwałty niemal dzień po dniu, nie jest to już „wyzwanie logistyczne”. To jest pytanie, jaki porządek ma obowiązywać w Europie — i czy jeszcze wolno to pytanie zadać.

Najpierw urlop potem tłum pod oknami


Kryzys nie spadł z nieba. Hiszpański Sąd Najwyższy orzekł, że migrantów ujętych na morzu nie wolno od razu odsyłać. Lewicowy premier Pedro Sánchez wcześniej uruchomił program regularyzacji, czyli masowego zalegalizowania pobytu. Wniosków wpłynęło ponad milion — dwa razy więcej, niż rząd zakładał. To nie była pomyłka urzędnicza. To był wybór: otworzyć drzwi szerzej, a potem udawać zdziwienie, gdy przez te drzwi wchodzi tłum.

Gdy fala weszła, rząd zrzucił winę na przemytników i „błędną interpretację” wyroku. Maroko miało pozostać partnerem. Sánchez nie przerwał wakacji. Sondaże z przełomu sierpnia i września są bezlitosne: 85 proc. Hiszpanów uważa, że rząd ukrywał informacje o Ceucie, 83 proc. ocenia postawę wobec Maroka jako zbyt miękką. Nawet część wyborców lewicowej PSOE — partii Sáncheza — mówi o pobłażliwości. 85 proc. spodziewa się kolejnej niekontrolowanej fali.

Alberto Núñez Feijóo, lider centroprawicowej Partii Ludowej, powiedział w Madrycie, że hiszpańskie miasto zostało „najechane i okupowane” — i stało się to „za wiedzą rządu Hiszpanii”. Santiago Abascal z prawicowego Vox oskarżył Sáncheza, że służy Maroku jak lokaj. Prezydent Ceuty Juan Jesús Vivas od lipca nazywał to naruszeniem integralności terytorialnej.

To jest język ludzi, którzy mają dość czekania, aż Madryt „wyjaśni kontekst”. I język ludzi, którzy rozumieją, że utrata miasta na granicy to nie tylko utrata kontroli. To utrata prawa do bycia u siebie.

Ratowanie twarzy: pieniądze i konferencje


Dopiero gdy sondaże i ulica zrobiły swoje, premier zaczął wyglądać na strażnika granicy. Zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Rząd przyjął pakiet 309 mln euro wsparcia finansowego dla Ceuty. Sánchez zapowiedział wniosek o stałą obecność unijnej straży granicznej przy porcie i falochronie oraz misję Europolu. W parlamencie przekonywał, że Hiszpania ma jedną z najmniej przepuszczalnych granic Europy.

To nie jest opanowanie kryzysu w zarodku. To próba dogonienia faktów, które przez miesiąc leżały na plaży: obozy, kradzieże, napaści, strach mieszkanek, dzieci bez opieki. Włochy od razu przywróciły kontrole wobec przyjazdów z Hiszpanii. Hiszpańska opozycja nie daje wiary tej nagłej zmianie tonu.

Pieniądze i unijne patrole mogą zasłonić obraz na kilka tygodni. Nie odbudują poczucia, że państwo broni własnego domu — i że Europa nadal wie, czym ten dom był.

Co z tego wynika dla Polski

Lewicowy premier najpierw rozluźnił politykę, potem zlekceważył szturm na własne miasto. Gdy prokuratura liczyła już gwałty niemal dzień po dniu, a place od Madrytu po Malagę wypełniły się setkami tysięcy ludzi, zaczął rozdawać pakiety i obiecywać unijne patrole.

Hiszpanie wyszli na ulice, bo zobaczyli cenę zwłoki: 70 tysięcy w dwa dni, tysiące zostawionych na ulicy, gwałtowny wzrost napaści seksualnych i rozbojów, rząd, który na początku wolał narrację niż interwencję. Zobaczyli też coś, o czym stołeczne redakcje mówią niechętnie: że masowy, nielegalny napływ z południa nie jest tylko sprawą namiotów i racji żywnościowych. Zmienia charakter miasta. Zmienia bezpieczeństwo kobiet. Zmienia to, czy chrześcijańska Europa ma jeszcze odwagę nazwać swoje granice granicami.

Jeśli ktoś w Warszawie wciąż uważa, że „takie rzeczy dzieją się tylko na południu Europy”, niech przeczyta zdanie prokurator Rojas jeszcze raz: od masowego wejścia przestępczość — w tym gwałty i rozboje — poszła ostro w górę, a ofiary często milczą ze strachu. Tego nie da się zamazać konferencją o „godności” i czekiem na 309 milionów.

Polska nie jest wyspą. Relokacja, regularyzacja i „humanitarne korytarze” to te same drzwi, które w Ceucie stanęły otworem. Kto je otwiera u nas, ten nie sprowadza tylko siły roboczej. Sprowadza konflikt o to, czy ta ziemia pozostanie ziemią polskiego, chrześcijańskiego narodu.

Dlatego już dziś podpisz petycję „Stop migracji islamskiej do Polski” — zanim scenariusz z Ceuty stanie się scenariuszem naszej ojczyzny: