John Horvat II | 26/09/2026
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że łączenie wychowania z dobrymi manierami jest czymś nieco wymuszonym. W naszym zsekularyzowanym społeczeństwie dobre maniery, podobnie jak zasady moralne, traktuje się jako coś opcjonalnego w wychowaniu młodego pokolenia.
Naukę dobrych manier pozostawia się rodzicom, którzy mają uczyć ich dzieci przy stole – o ile w ogóle rodzina zasiada dziś wspólnie do posiłku. Dobre maniery to kwestia dobrego samopoczucia, sposób na bycie miłym wobec innych, a może nawet „środek ułatwiający kontakty społeczne”, który pomaga osiągnąć sukces, ale raczej nie stanowią one istotnej części edukacji.
Jeśli przyjmiemy założenie, że edukacja polega wyłącznie na przekazywaniu dzieciom wiedzy, wówczas dobre maniery rzeczywiście można uznać za zbędne i pozbawione większego celu.
Jeżeli jednak wierzymy, że wychowanie obejmuje nie tylko przekazywanie wiedzy, lecz także kształtowanie całego charakteru człowieka, wówczas powinniśmy z pełnym przekonaniem uznać dobre maniery za coś o ogromnym znaczeniu wychowawczym.
W języku hiszpańskim mówi się o człowieku, że jest „educado”, czyli dosłownie „wykształcony”. Nie oznacza to jednak, że posiada on doktorat czy ukończył określony poziom studiów. Oznacza po prostu, że jest dobrze wychowany i odznacza się dobrymi manierami. Podobne rozróżnienie istnieje w języku portugalskim i włoskim. Pokazuje to, że społeczeństwa oparte na tradycji dostrzegały niegdyś ścisły związek pomiędzy edukacją a wychowaniem. Nauka dobrych manier stanowiła ważną część całościowego wychowania dziecka.
A zatem dobre maniery i wychowanie rzeczywiście pozostają ze sobą w ścisłym związku.
Byłoby jednak przedwczesne, aby z tego powodu postulować wprowadzenie do szkół publicznych obowiązkowego przedmiotu pod nazwą „Podstawy dobrych manier” albo uczynić z podręcznika dobrych manier jego odpowiednik w rodzaju popularnych poradników „dla opornych”.
Wynika to z faktu, że dobrych manier nie można sprowadzić do zestawu zasad, które mają jedynie sprawić, by wszystkim było przyjemniej, ani do politycznie poprawnego systemu nakazującego tolerować niemal wszystko. Nie brakuje bowiem tych, którzy chcieliby przedstawiać maniery na przykład jako „rozwiązanie wypracowane przez ewolucję w celu łagodzenia napięć wynikających z życia społecznego”.
Jeśli mamy uczyć manier, musi to odbywać się w odpowiednich ramach. Musimy wyjść poza zasady etykiety i dotrzeć do samej istoty manier.
Natura dobrych manier
Czym są dobre maniery? Można podać wiele trafnych definicji: są to niepisane i niewymuszane normy postępowania, przekazywane z pokolenia na pokolenie zasady ludzkiego zachowania, normy ustanowione przez społeczeństwo dla ułatwienia realizacji dobra wspólnego, a także konkretny sposób praktykowania miłości bliźniego.
Maniery stają się z czasem tak głęboko zakorzenione w człowieku, że zaczynają go charakteryzować. Termin „dama” odnosi się do kobiety przestrzegającej właściwych manier; „dżentelmen” jest męskim odpowiednikiem tego określenia. Poprzez takie zewnętrzne zachowania ujawniamy jednak coś znacznie głębszego.
Dobre maniery są zatem zewnętrznym przejawem norm i zasad obecnych w człowieku oraz w społeczeństwie. Same w sobie są jałowe i sztuczne. Jeśli sprowadzimy dobre maniery do sposobu trzymania widelca czy społecznych formuł, pozbawimy je znaczenia. Stają się one swego rodzaju społeczną inscenizacją bez rzeczywistego związku z naszym współczesnym światem.
Jeżeli więc chcemy przywrócić dobrym manierom ich właściwe miejsce w wychowaniu, musimy na nowo połączyć je z normami i zasadami, z których niegdyś wyrastały. Musimy również zmierzyć się z kulturą, która odrzuca te zasady, i zerwać z jej zaprzeczaniem rzeczywistości, którą owe zasady wyrażają.
Pragnienie dobrych manier
Nikt nie zaprzeczy, że poziom dobrych manier w społeczeństwie się obniżył. Wyniki badań opinii publicznej pokazują, że wielu Amerykanów uważa, iż ludzie stali się bardziej nieuprzejmi i brutalni w swoim stosunku do innych. Nie potrzebujemy jednak sondaży, aby się o tym przekonać – doświadczamy tego na co dzień.
Nie wynika to jednak z braku pragnienia, aby żyć w bardziej cywilizowanym i kulturalnym społeczeństwie. Często nie jest to nawet rezultat braku starań. Nawet najlepsi rodzice napotykają niemal nieprzezwyciężone trudności, kiedy próbują nauczyć swoje dzieci dobrych manier. Z pewnością niemal każdy chciałby widzieć wokół siebie więcej uprzejmości, ogłady i wzajemnego szacunku.
Nie jesteśmy jednak niekulturalni dlatego, że nie pragniemy dobrych manier. Przyczyną jest kultura, w której żyjemy – kultura podważająca zasady nadające dobrym manierom ich znaczenie. Staliśmy się nieuprzejmi również dlatego, że w latach sześćdziesiątych sami odrzuciliśmy to, co uważaliśmy za zbędny balast dobrych manier i cywilizacji, aby móc postępować po swojemu.
Od tamtej pory uczestniczymy w tym, co wielu określa mianem wojny kulturowej – zmaganiu, które ma znaczenie głębsze niż same spory polityczne czy gospodarcze. Jest to właśnie to, co Edmund Burke nazwał „najważniejszą ze wszystkich rewolucji – rewolucją uczuć, obyczajów i poglądów moralnych”.
W tej walce o przyszłość dobre maniery mają zatem bardzo ważną rolę do odegrania. System edukacji siłą rzeczy musi być w nią zaangażowany.
Dobre maniery powrócą jednak dopiero wtedy, gdy młodzi ludzie zrozumieją filozoficzne i metafizyczne podstawy, na których opiera się cywilizowane społeczeństwo. W tym kontekście warto wskazać trzy takie podstawowe zasady.
Poza Locke’em: radykalny indywidualizm
Pierwszą z nich jest odrzucenie radykalnego indywidualizmu naszej kultury. Dobre maniery, podobnie jak tradycja, mogą istnieć tylko w kontekście społecznym. Zawsze odnoszą się bowiem do drugiego człowieka.
Dziś mamy skłonność do indywidualizmu opartego na idei umowy społecznej. Jesteśmy dumni z własnej samooceny, samowystarczalności i niezależności. Obecnie jednak obserwujemy radykalny indywidualizm, który idzie jeszcze dalej niż koncepcje rozwijane przez takich myślicieli jak Thomas Hobbes czy John Locke. Ich filozofia uczyniła z jednostki i jej praw jeden z ważnych punktów wyjścia dla rozważań o społeczeństwie i państwie. Współczesny indywidualizm posuwa się jednak znacznie dalej: człowiek zaczyna postrzegać siebie jako ostateczną miarę własnego życia, niezależną od tradycji, wspólnoty, obowiązków wobec innych, a nawet od obiektywnego porządku moralnego.
Od najmłodszych lat uczono nas, że każdy człowiek jest centrum świata. Coraz rzadziej myślimy w kategoriach społecznych. Nie myślimy o sobie jako o części kolejnych pokoleń. Wszystko podporządkowane zostaje natychmiastowemu zaspokojeniu naszych pragnień. Liczy się przede wszystkim własny komfort i własne szczęście. Przestajemy przejmować się tym, co myślą lub czynią inni ludzie.
Niekiedy widzimy na ulicach ludzi, którzy zupełnie nie przywiązują wagi do tego, jak są odbierani przez innych lub czy swoim zachowaniem kogoś obrażają. Złe maniery przejawiają się w brudnych, podartych ubraniach, licznych kolczykach oraz pozbawionym dyscypliny sposobie mówienia czy jedzenia, które możemy spotkać niemal wszędzie. Człowiek staje się zupełnie obojętny na istnienie drugiego człowieka. Przekaz jest prosty: robię to, co chcę, i zupełnie nie obchodzi mnie, czy moje słowa lub zachowanie budzą w innych odrazę albo ich obrażają. Jestem światem samym w sobie.
Trzeba przyznać, że sposób organizacji naszego społeczeństwa również nie sprzyja budowaniu relacji społecznych. Wszystko zdaje się zmierzać do ograniczenia bezpośredniego kontaktu człowieka z człowiekiem. Uczy się nas omijać innych ludzi: korzystamy z bankomatów, sami płacimy przy dystrybutorach paliwa i niemal wszędzie spotykamy się z opcją samoobsługi. Przekaz jest następujący: sam zajmę się wszystkim. Nie potrzebuję innych ludzi. Nie potrzebuję dobrych manier. Jestem samowystarczalny.
Skutkiem takiego radykalnego indywidualizmu jest utrata pojęcia miłości bliźniego. Człowiek zostaje sprowadzony do ciasnych granic własnego istnienia. Jest to postawa, która skazuje jednostkę na reżim narzuconej sobie przeciętności.
Indywidualność, a nie indywidualizm
Człowiek został stworzony do życia, rozmowy i działania w społeczeństwie. Żyjąc w społeczeństwie, poszerza swoje horyzonty i w pełni rozwija swoją indywidualność.
Dobre maniery wzbogacają się dzięki indywidualności, czyli rozwijaniu pełnego potencjału człowieka w społeczeństwie. Niszczy je natomiast indywidualizm, w którym człowiek stawia samego siebie na miejscu miary wszystkich rzeczy.
W związku z tym wychowanie powinno otwierać oczy młodych ludzi na rzeczywistość wykraczającą poza nich samych. Należy uczyć ich, że prawdziwa wielkość ujawnia się w ofierze i trosce o innych. Edukacja powinna ukazywać młodym bohaterów i wzorce osobowe, którzy ucieleśniają te ideały. Powinna również przekazywać zdrowe zasady filozofii społecznej dotyczące natury społeczeństwa, dobra wspólnego oraz miejsca i roli człowieka w społeczeństwie.
Ku wielkiemu niezadowoleniu środowisk świeckich właśnie dlatego edukacja chrześcijańska jest szczególnie dobrze przygotowana do tego zadania. Chrześcijańska miłość uczy bowiem przezwyciężać naturalne skupienie człowieka na sobie i praktykować miłość bliźniego ze względu na miłość Boga.
W takiej kulturze dobre maniery pojawiają się w sposób naturalny, niemal spontaniczny. Nie są czymś sztucznie narzuconym. Są owocem takiego wychowania. Stanowią logiczną konsekwencję wychodzenia poza krąg własnych potrzeb i pragnień.
Odrzucenie rażącego egalitaryzmu
Drugą zasadą, na której opiera się cywilizowane społeczeństwo, jest odrzucenie rażącego egalitaryzmu.
Choć wszyscy ludzie są równi w swojej ludzkiej naturze i przysługują im określone podstawowe prawa, w tym prawo do życia, nie są jednakowi pod każdym względem. Różnią się zdolnościami, zasługami, doświadczeniem, godnością pełnionych funkcji i wieloma innymi cechami, co w sposób naturalny prowadzi do różnych form traktowania i okazywania względów.
Dlatego mówienie o socjalistycznych czy komunistycznych manierach jest właściwie sprzecznością samą w sobie. Jeżeli wszyscy ludzie, wszyscy „towarzysze”, są traktowani jako tacy sami, nie istnieje powód, aby odnosić się do jednych inaczej niż do drugich. Tam, gdzie nikt nie powinien się wyróżniać, doskonałość nie jest nagradzana ani nie spotyka się ze szczególnym uznaniem.
Maniery mogą ponownie zaistnieć jedynie w kontekście społecznym i w atmosferze, w której dokonuje się rozróżnień, gdzie doskonałość jest nagradzana, a różnice są dostrzegane, a nawet doceniane.
Jedną z przyczyn braku kultury osobistej w naszym społeczeństwie jest właśnie jego kulturowy egalitaryzm. Oczekuje się od nas, abyśmy nie dokonywali rozróżnień. Jednym z niemal tragikomicznych skutków politycznej poprawności jest niszczenie wszelkich rozróżnień. Powstaje w ten sposób rodzaj egalitarnej tyranii, w której coraz trudniej komukolwiek otwarcie nazwać problemy czy przyznać, że ktoś może być od drugiego człowieka słabszy w określonej dziedzinie. Porażkę nazywa się dziś „odroczonym sukcesem”. Każdy człowiek jest w jakiś sposób określany jako „mający szczególne potrzeby”, a biada dobrze wychowanemu człowiekowi, który próbuje okazać komuś współczucie lub łaskawą życzliwość.
Oczekuje się od nas, abyśmy nie uznawali niczyjej wyższości. Tak często współczesne komedie sytuacyjne przedstawiają bohaterów, którzy chlubią się tym, że wyśmiewają lub upokarzają innych. Można tu dostrzec swoisty „syndrom Barta Simpsona”, w którym rodzice są przedstawiani w oczach własnych dzieci jako głupcy. Każda forma autorytetu postrzegana jest jako karykaturalna i niegodna szacunku.
Dobre maniery są nawykiem myślenia o innych; są umiejętnością dostosowania własnego zachowania do konkretnej osoby i sytuacji. Z samej swojej natury sprzeciwiają się prymitywnemu egalitaryzmowi. Zakładają istnienie różnic. Wzywają nas do szczególnego szacunku wobec tych, którzy wyróżniają się doskonałością, zasługami lub autorytetem. Jednocześnie uczą nas współczucia i troski wobec słabszych i znajdujących się w trudniejszym położeniu.
W tym kontekście edukacja ma do odegrania kluczową rolę. Edukacja od zawsze uznawała doskonałość i odrzucała przeciętność. Jest przeciwieństwem egalitaryzmu rozumianego jako zacieranie wszelkich różnic. Jeżeli więc zaszczepimy dziecku szacunek i uznanie dla różnych ludzi, stosownie do ich sytuacji, godności i zasług, wówczas w sposób naturalny stanie się ono – używając ponownie hiszpańskiego określenia – „educado”. W sposób naturalny przyswoi dobre maniery.
Kształtowanie jasnego wyobrażenia o celu
Wreszcie trzecią zasadą konieczną do odbudowania cywilizowanego społeczeństwa jest zaszczepienie młodym ludziom jasnego przekonania, że ich życie ma cel. Trzeba ukazywać im ideały większe od nich samych.
Nie ma nic bardziej przerażającego dla duszy młodego człowieka niż przekonanie, że życie nie ma żadnego sensu.
A jednak właśnie taki przekaz młode pokolenie często otrzymuje od świeckich elit. Wszystko, co ma posmak metafizyki lub transcendencji, jest określane jako religijne i w związku z tym umieszczane na liście tematów zakazanych.
Wielu ludzi przedstawia teorię inteligentnego projektu jako złagodzoną wersję kreacjonizmu. Czym jednak jest filozofia neodarwinizmu, jeśli nie swego rodzaju skrajnym egzystencjalizmem?
Tak wielu młodych ludzi uczy się, że ich życie jest jedynie rezultatem przypadku, mutacji i procesu przystosowania, pozbawionym wyraźnego celu. Nasza kultura uczy, że życie jest zabawą, plażą, niekończącym się ciągiem doświadczeń pozbawionych własnego, rzeczywistego sensu.
Młodzieńcza gorliwość i zapał są stworzone dla wielkich spraw; młodzi ludzie potrzebują jasnego celu. Jak powiedział francuski pisarz Paul Claudel: „Młodość nie została stworzona dla przyjemności, lecz dla heroizmu”.
W przeszłości wychowanie zaszczepiało człowiekowi jasne rozumienie życia i jego celu. Właśnie temu służą między innymi programy oparte na lekturze wielkich dzieł, przywołujące wielkie idee i wielkie cele minionych epok.
Młodzi ludzie zawsze pragnęli wielkich ideałów. Nie jest to coś niezwykłego ani obcego ludzkiej naturze. Było tak za czasów Platona i jest tak również dzisiaj.
Przychodzi tu na myśl przykład wojska. Młodzi ludzie, którzy zostają rozpaleni ideałami „honoru, odwagi i zaangażowania”, odnajdują w swoim życiu cel i rozwijają odpowiadające tym ideałom maniery, które niemal jako naturalny skutek ujawniają ich wewnętrzne przekonania.
Podobne zjawisko można obserwować w wielu tradycyjnych szkołach wyższych, które opierają swoją działalność na wielkiej idei, że prawda istnieje. Udaje im się zaszczepić w swoich studentach poczucie celu. Towarzyszy temu zawsze wyraźne poczucie dobrych manier i kultury osobistej.
Część wojny kulturowej
Musimy zatem uczyć dobrych manier wraz z zasadami, które nadają im sens. Maniery i edukacja są ze sobą nierozerwalnie związane. Naszym problemem nie jest rozdzielenie tych dwóch rzeczy, lecz ponowne ich połączenie poprzez powrót do norm i zasad, które przez długi czas były odrzucane i zapominane.
Kwestia dobrych manier wykracza zresztą daleko poza samo przywrócenie uprzejmości i ogłady. Jest częścią tego, co Burke określił mianem „najważniejszej ze wszystkich rewolucji” – rewolucji uczuć, obyczajów i poglądów moralnych. Dotyka więc samego sedna wojny kulturowej, która tak głęboko polaryzuje nasze społeczeństwo.
Są to kwestie mające wpływ na przyszłość naszego społeczeństwa, które odczuwa głód rozmowy na ich temat, a część współczesnej reakcji konserwatywnej wynika z bolesnego zderzenia wielu ludzi z rzeczywistością społeczeństwa, które żyje w zaprzeczaniu tym zasadom i normom. Właśnie takie zjawiska jak upadek dobrych manier i kryzys wychowania stały się dla wielu ludzi konkretnym doświadczeniem tej rzeczywistości.
To właśnie kultura jest miejscem, w którym polityka i rzeczywistość spotykają się w codziennym życiu obywateli. To tutaj dokonują się rzeczywiste przemiany i dlatego ignorowanie tych zagadnień może mieć poważne konsekwencje.
Powyższy tekst został opracowany na podstawie wykładu wygłoszonego podczas konferencji Foundations of Education na Uniwersytecie Washburn w Topeka w stanie Kansas 4 listopada 2005 roku.
Źródło: tfp.org