Dlaczego Rosja boi się internetu?

Gary Isbell | 26.06.2026
W obliczu zmęczonego wojną społeczeństwa i stopniowo załamującej się gospodarki Kreml znalazł nowego wroga, którego naprawdę się boi: internet. Ma ku temu wszelkie powody.
Przychylny Kremlowi prawnik Ilja Remeslo, znany wcześniej z ostrej krytyki działaczy demokratycznych i niezachwianego poparcia dla wojny na Ukrainie, dokonał ostatnio zaskakującej zmiany stanowiska w komunikatorze Telegram.
Nieoczekiwanie Remeslo potępił Władimira Putina za rozpoczęcie niesprawiedliwej wojny na Ukrainie, doprowadzenie Rosji do bankructwa oraz zniszczenie wolności mediów. W manifeście zatytułowanym „Pięć powodów, dla których przestałem popierać Władimira Putina” nazwał prezydenta bezprawnym przywódcą, który powinien zostać „postawiony przed sądem jako zbrodniarz wojenny i złodziej”.
Podobnie jak wielu innych, którzy otwarcie krytykują politykę rządu, Remeslo szybko „zgłosił się” do szpitala psychiatrycznego – co jest raczej wygodną alternatywą dla przypadkowego wypadnięcia z okna na dwunastym piętrze czy stoczenia się z dziesięciu pięter po schodach.
Jego nagły wybuch szczerości musiał mocno zaniepokoić Kreml. Incydent ten przypomina sprawę Jewgienija Prigożina, powiernika Putina, który w czerwcu 2023 roku na Telegramie ostro skrytykował rosyjskich generałów jeszcze przed swoim nieudanym buntem, który ostatecznie kosztował go życie.
Naród pogrążony w cyfrowej ciemności
Podobnie jak wszystkie niestabilne reżimy, Kreml panicznie boi się, że takie cyfrowe niepokoje mogą się rozprzestrzeniać. Dlatego Rosja blokuje dostęp do internetu w całych regionach, ogranicza działanie komunikatorów takich jak Telegram i WhatsApp oraz likwiduje dziesiątki wirtualnych sieci prywatnych (VPN) stworzonych w celu obejścia państwowej cenzury.
Mobilny internet zniknął w niektórych częściach centrum Moskwy, Sankt Petersburga i innych dużych miast. Rząd częściowo obwinia za to zagraniczne firmy technologiczne, które odmawiają przestrzegania rosyjskich przepisów, a częściowo realne zagrożenie ze strony ukraińskich dronów bojowych, które często korzystają z sieci komórkowych do nawigacji.
Absolutna kontrola ujawnia ogromną słabość
Rosyjskie represje w sieci są poparte nowymi, drakońskimi przepisami. Operatorzy komórkowi są obecnie prawnie zobowiązani do odłączania użytkowników na zwykłe żądanie Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) – dawnego KGB.
Anonimowi dyplomaci wskazują jednak szerszy kontekst: Kreml desperacko próbuje umocnić kontrolę wewnętrzną, podczas gdy wojna na Ukrainie utknęła w impasie. Jeśli wojna się zakończy, władza chce mieć gotową infrastrukturę do stłumienia nadchodzącej fali niezadowolenia. Moskwa starannie buduje narzędzia masowej cyfrowej represji.
Konsekwencje gospodarcze i społeczne
Dla zwykłych mieszkańców Moskwy te ograniczenia to coś więcej niż irytacja – mają one katastrofalne skutki finansowe. Współczesne życie w dużym stopniu opiera się na mobilnym internecie. Kurierzy, taksówki i sklepy detaliczne stanęły w miejscu. Terminale płatnicze w kawiarniach przestały działać, a nawet publiczne toalety stały się niedostępne, bo nie da się zapłacić cyfrowo. Tylko w ciągu pierwszych pięciu dni blokady moskiewskie przedsiębiorstwa straciły szacunkowo od 38 do 64 miliardów rubli.
Kiedy internet w końcu wrócił, szef Rostelecomu, Michaił Oseevsky, największego dostawcy usług cyfrowych w Rosji, wezwał Rosjan do powrotu do telefonów stacjonarnych, twierdząc, że popyt na nie gwałtownie rośnie. Niezależna Meduza przeprowadziła ankietę wśród 50 tysięcy klientów i pokazała zupełnie inną rzeczywistość – zaledwie 2 procent ankietowanych rozważało powrót do technologii z lat 90.
Wojna z Telegramem i widmo roku 1991
Kreml od dawna prowadzi wojnę z opartym na chmurze Telegramem – zarówno na urządzeniach mobilnych, jak i stacjonarnych. Jeszcze niedawno aplikacja była w dużej mierze dostępna dla około 93,6 mln Rosjan. Obecnie boryka się z częstymi blokadami i spowolnieniami w całym kraju. Całkowite wyłączenie Telegrama jest jednak bardzo ryzykowne.
Jak podkreśla „The Moscow Times”, aplikacja ta jest kluczową linią ratunkową. Pełni funkcję centrum informacyjnego, narzędzia komunikacji rządowej, zasobu dla wojska na froncie oraz podstawowego elementu dla biznesu. Zastąpienie jej państwowym komunikаtorem „Max” jest praktycznie niemożliwe do zaakceptowania. Eksperci ds. cyberbezpieczeństwa opisują Maxa jako aplikację „zaprojektowaną tak, by była niebezpieczna” – jej prawdziwym celem jest inwigilacja użytkowników. Nic więc dziwnego, że ponad 80 procent rosyjskich nastolatków jest wściekłych z powodu tych ograniczeń, a dorośli cicho się gotują.
Paranoja Kremla ma głębokie historyczne korzenie. Katastrofalne zakończenie radzieckiej wojny w Afganistanie w 1989 roku wywołało falę chaosu społecznego, która ostatecznie doprowadziła do upadku Związku Radzieckiego w 1991 roku. Współczesne służby doskonale pamiętają tę lekcję.
Rzeczywistość zaprzecza propagandzie
Władimir Putin wezwał ostatnio do zaostrzenia kontroli nad „przestrzenią informacyjną i cyfrową”, przedstawiając to jako konieczną obronę przed zachodnimi próbami siania niezgody.
Represje są surowe: zablokowano ponad 400 sieci VPN, całkowicie zakazano WhatsAppa (co firma Meta określa jako poważny krok wstecz), a nawet założyciel Telegrama, Paweł Durow, jest ścigany pod fałszywymi zarzutami terroryzmu.
Władze agresywnie tłumią narastające niezadowolenie – aresztują pokojowych demonstrantów i używają przestarzałych przepisów covidowych do zakazywania zgromadzeń. Gniew jednak wciąż rośnie. Kreml zraża do siebie całe pokolenie. Trwający opór Ukrainy wobec rosyjskiej agresji przynosi nieoczekiwany skutek uboczny – zmusza Moskwę do coraz bardziej desperackich działań, które mogą ostatecznie przyspieszyć kolejny upadek systemu.
Źródło: tfp.org