Edwin Benson | 21/07/2026
Pokusa stworzenia idealnej maszyny do nauczania jest silna. Rzeczywistość zawsze rozczarowuje. Maszyny po prostu nie potrafią dostosować się do potrzeb ucznia tak szybko i naturalnie, jak czyni to kompetentny i troskliwy nauczyciel.
Historie z klasy szkolnej
Weźmy pod uwagę skargę pewnego rodzica: „Gdy mój syn był w pierwszej klasie, wrócił ze szkoły do domu we łzach, mówiąc, że nienawidzi matematyki… Wcześniej mój syn uwielbiał matematykę. Cała jego rozpacz brała się z programu i-Ready… Zacząłem pytać innych rodziców i usłyszałem od wszystkich podobne historie… Niektóre [dzieci] chowały się w łazience, żeby tylko tego uniknąć”.
Być może najbardziej ironiczne w tej krótkiej relacji jest to, że jej autor jest inżynierem oprogramowania. Popiera on obecność komputerów w klasie swojego syna. Problemem, jego zdaniem, nie jest sama obecność ekranów ani „nadmiar bodźców”. Problem polega na tym, że program jest zbyt powolny - wciąż od nowa powtarza instrukcje przy każdym zadaniu, nawet gdy zadanie jest niemal identyczne z poprzednim, które uczeń dopiero co rozwiązał.
Nawet NBC News opisało niedawno wady programu i-Ready. Reportaż zaczyna się od korepetytorki matematyki z Anchorage, która relacjonowała frustrację swoich uczniów: „Wszyscy go nienawidzą - jest tak nudny i tak monotonny”. Dalej pojawia się logopedka z Rhode Island, której jeden z podopiecznych był tak sfrustrowany, że uderzył pięścią w ekran Chromebooka. Na koniec ósmoklasista z Los Angeles skarżył się: „Tracę komórki mózgowe za każdym razem, gdy odrabiam tę lekcję”.
Popularna, lecz nieskuteczna odpowiedź
Sytuacja ta nie ogranicza się do garstki klas. NBC zauważyło, że i-Ready „po cichu opanowało amerykańskie szkoły publiczne, docierając rocznie do niemal 14 milionów uczniów… Niemal jedna trzecia uczniów od przedszkola do dwunastej klasy w całym kraju korzysta z i-Ready, w tym w dziewięciu z dziesięciu największych okręgów szkolnych”.
Niedawny artykuł na niezależnym portalu informacyjnym UnHerd opisał historię Benjamina Colemana, nauczyciela matematyki z Massachusetts. Jego okręg szkolny Fall River nakazał obowiązkowe korzystanie z systemu, mimo licznych skarg uczniów. Zamiast zweryfikować przydatność platformy, administracja zażądała od nauczycieli, by korzystali z niej jeszcze częściej. Coleman relacjonuje: „Tego dnia, gdy dyrektor oznajmił nam, że musimy używać i-Ready trzy razy w tygodniu, miałem dość. To były trzy godziny tygodniowo na każdą klasę, podczas gdy mieliśmy w sumie tylko pięć godzin tygodniowo. Czyli 60 procent nauczania miał odtąd przejąć ten komputer, którego dzieci absolutnie nienawidzą”.
Dlaczego system szkolny miałby nalegać, aby nauczyciele coraz częściej korzystali z platformy, która wyraźnie nie działa? Aby odpowiedzieć na to pytanie, warto zajrzeć za kulisy i przyjrzeć się okolicznościom, w jakich administratorzy oświaty kupują tego rodzaju platformy.
Handel technologiami edukacyjnymi
Wiele decyzji zakupowych zapada na dorocznej konferencji International Society for Technology in Education (ISTE). Organizowana każdego lata, jest jedną z głównych okazji, by nauczyciele i administratorzy szkolni nawiązali kontakt z producentami dosłownie każdego wyobrażalnego narzędzia elektronicznego. Według ISTE w wydarzeniu z 2025 roku wzięło udział 17 279 osób, wystąpiło 2098 prelegentów, a swoje stoiska rozstawiło 1167 wystawców.
Jak na każdych wielkich targach handlowych, hala wystawowa to ogłuszająca mieszanka jaskrawych świateł, krzykliwych barw, donośnych głosów, banerów, monitorów komputerowych i przedstawicieli handlowych. Nauczyciele wychodzą stamtąd obładowani stertami broszur, darmowymi próbkami i wszelkiego rodzaju gadżetami opatrzonymi logo firm. W głowach kołacze im się myśl, ile mogliby zdziałać, gdyby tylko mieli dość pieniędzy, by kupić to wszystko.
Prawdziwą jednak zdobyczą są kuratorzy oświaty i dyrektorzy okręgów szkolnych (superintendenci). To oni są rzeczywistym celem błyskotliwych prezentacji przedstawicieli handlowych. Nauczyciele mogą co najwyżej kupić kilka książek i plakatów oraz polecić produkty przełożonym - ale to książeczki czekowe wyższej administracji dają prawdziwą siłę przebicia.
Dylemat kuratora
Kuratorzy oświaty znajdują się rzecz jasna pod ogromnym ostrzałem ze wszystkich stron. Według pewnych danych przeciętna kadencja superintendenta trwa około pięciu lat. To oni są „twarzami” swoich okręgów i celem lokalnego niezadowolenia. Gdy podnoszone są podatki, w szkole dochodzi do poważnego incydentu dyscyplinarnego, wybucha skandal kadrowy albo spadają wyniki testów - to na nich spada gniew społeczności. Dlatego gdy jadą na ISTE, liczą na to, że przez kilka dni odpoczną, zjedzą kilka dobrych posiłków i znajdą sposób na poprawę wyników uczniów.
Na miejscu stają się często miękką gliną w rękach przedstawicieli handlowych. Sprzedawca zabiera ich do spokojnego hotelowego baru z eleganckimi broszurami albo na seminarium „tylko dla zaproszonych gości”, w towarzystwie innych administratorów, przy suto zastawionym bufecie i barze. W takiej scenerii niełatwo im się oprzeć przekonaniu, że ten oto komputer, program czy platforma oparta na sztucznej inteligencji uczyni z nich prawdziwych bohaterów po powrocie do domu.
Gdy drogie maszyny w końcu docierają do szkoły, administrator musi uzasadnić zakup. Zdanie nauczycieli nie ma tu większego znaczenia. Jeśli rodzice lub rada szkoły zadają pytania, administrator może wyciągnąć stosy statystyk dostarczonych przez przedstawiciela handlowego. Uzbrojony w ten sposób, oblężony kurator argumentuje: „To działa gdzie indziej”. A potem dorzuca: „Nasi nauczyciele muszą wreszcie porzucić złe nastawienie i robić to, co najlepsze dla naszych dzieci. Daliśmy im najlepsze narzędzia dostępne na rynku - teraz niech wykonują swoją pracę”.
Złe pytanie prowadzi do złych odpowiedzi
Ironia polega na tym, że większość szkół od dawna wie, jak pomóc uczniom przyswoić trudny materiał. Wiedziano to już ponad sto lat temu. Na początku XX wieku przyszli przywódcy wychodzili zarówno z jednoizbowych szkółek na Wielkich Równinach, jak i z przepełnionych klas Nowego Jorku, i wszędzie pomiędzy. Edukacja nie potrzebuje nowych metod ani najnowszych elektronicznych gadżetów. Potrzebuje oddanych, kompetentnych nauczycieli, wspieranych przez dyrektorów, którzy konsekwentnie egzekwują dyscyplinę, umożliwiając nauczycielom nauczanie bez ustawicznych zakłóceń.
Niestety, biurokracja nie znosi prostych zasad. Rozwija się, tworząc skomplikowane procedury, które inni muszą wdrażać. Wiara, że program komputerowy może rozwiązać ten problem, jest czystą fantazją.
Źródło: tfpstudentactioneurope.org