John Horvat II | 02/08/2026
Nie tak dawno temu skrót ESG (Environmental, Social, Governance – kryteria środowiskowe, społeczne i ładu korporacyjnego) był absolutnym hitem na rynkach inwestycyjnych. Inwestowanie w fundusze zgodne z zasadami ESG uważano za rzecz prawdziwie „woke”. Ich popularność obiecywała wysokie zyski przy jednoczesnym wspieraniu lewicowej ideologii.
ESG polega na ocenianiu i inwestowaniu w spółki nie tylko pod kątem wyników finansowych, ale także według trzech dodatkowych kryteriów: wpływu na środowisko, kwestii społecznych oraz sposobu zarządzania firmą. Dzięki takiemu podejściu zarządzający funduszami mogli obiecywać wysoki zwrot z inwestycji przy jednoczesnym utrzymywaniu niskiego śladu węglowego.
Inwestorzy mogli publicznie manifestować swoje poparcie dla środowisk LGBT i innych ruchów społecznych, a jednocześnie zarabiać. Struktury korporacyjne starano się czynić jak najbardziej „inkluzywnymi”, mimo że taka inżynieria społeczna groziła spadkiem produktywności.
Największą zaletą funduszy ESG było to, że systematycznie wykluczały wszystko, czego liberałowie najbardziej nie znoszą: paliwa kopalne, przemysł zbrojeniowy, tytoń i alkohol.
Inwestorzy zaczynają odchodzić
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. W zwrocie, który zaskoczył Wall Street, fundusze „woke” straciły swoją atrakcyjność. Doświadczeni inwestorzy omijają je szerokim łukiem. Można nazywać podobne produkty dowolnie, byle tylko nie używać etykiety ESG.
Największa popularność inwestowania według zasad ESG przypadła na lata 2018–2021. Wówczas na ten rynek napłynęły setki miliardów dolarów. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zatrzymać tego trendu. Giganci Wall Street, tacy jak BlackRock i Vanguard, aktywnie go wspierali. Kapitał prywatny oraz pieniądze z państwowych funduszy emerytalnych masowo płynęły do funduszy ESG faworyzujących lewicowe cele.
Lewica wykorzystywała te fundusze także do aktywizmu akcjonariuszy. W imieniu swoich (często nieświadomych tego) inwestorów fundusze inwestycyjne ESG mogły korzystać z prawa do głosowania przez pełnomocnika, forsując rezolucje domagające się m.in. szczegółowych raportów klimatycznych czy większej różnorodności w zarządach. Takie głosowania regularnie trafiały na pierwsze strony gazet, bo zakłócały normalne funkcjonowanie firm i narzucały im lewicową agendę.
Reakcja rynku
Wiosną 2022 roku inwestorzy zaczęli się niepokoić. Konserwatyści głośno krytykowali ideologiczną agendę ukrytą za wytycznymi ESG, mandatami i głosowaniami. Firmy zmagały się z coraz bardziej absurdalnymi ograniczeniami i nierealistycznymi celami ekologicznymi. W efekcie inwestorzy zaczęli masowo wycofywać środki z tych rynków.
Nie tylko osoby prywatne zareagowały. Również republikańskie stany, zarządzające ogromnymi funduszami emerytalnymi, wycofały się z instrumentów ESG. Konserwatyści odpowiedzieli na wykorzystywanie tych funduszy do celów ideologicznych, przekierowując dziesiątki miliardów dolarów na bardziej rentowne i rynkowe rozwiązania.

Gdy popyt spadł, liczba nowych funduszy ESG gwałtownie się zmniejszyła – z 116 w 2021 roku do zaledwie 9 w 2025. Firmy ograniczyły również głośne głosowania przez pełnomocników, które budziły tak wiele obaw i wzbudzały duże zainteresowanie mediów.
Ludzie odchodzili również z powodu rozczarowujących wyników. Lewicowe projekty rzadko generują realne zyski, chyba że opierają się na pieniądzach publicznych. Inwestowanie w sprawy „woke” może dawać poczucie moralnej satysfakcji, ale zwykle oznacza rezygnację z lepszych okazji zarobkowych. Fundusze ESG osiągały gorsze wyniki właśnie dlatego, że systematycznie wykluczały z portfeli niektóre z największych i najbardziej rentownych przedsiębiorstw niezwiązanych z tym ruchem (takich jak koncerny naftowe).
Czy era inwestycji „woke” dobiegła końca?
ESG wyraźnie straciło swoją pozycję w świecie finansów. Coraz częściej pojawia się pytanie, czy ten model jest już martwy. Nawet „Wall Street Journal” opublikował raport zatytułowany „Stan inwestowania ESG: Jak poważna jest sytuacja?”.
Część zarządzających funduszami twierdzi, że wciąż stosuje te same zasady, tylko pod inną nazwą. Ruch ESG stracił jednak wyraźnie na sile. Zwolennicy wolnego rynku mają powody do zadowolenia.
Z upadku inwestycji „woke” można wyciągnąć trzy ważne wnioski.
Po pierwsze – nawet lewicowe inicjatywy finansowe wspierane przez największe firmy Wall Street i liberalne media da się zatrzymać. Wystarczy odwaga, by powiedzieć „nie”. Nie należy lekceważyć siły protestu, nawet gdy szanse wydają się niewielkie.
Po drugie – takie projekty nigdy nie są naprawdę o pieniądze. Są o ideologię. Ich autorzy chcą przebudować system gospodarczy i zdemontować struktury, które uznają za sprzeczne z panującym duchem czasu. Są gotowi ponosić straty finansowe (i zachęcać innych do tego samego), by doprowadzić do triumfu swoich egalitarnych ideałów.
Wreszcie inwestorzy muszą zachować czujność wobec kolejnych „mutantów ESG”. Część menedżerów, którzy ponieśli porażkę, próbuje teraz sprzedawać te same pomysły pod nazwą, która brzmi lepiej. Inwestorzy muszą być ostrożni i domagać się, by nie okazywano żadnej pobłażliwości wobec tych wywrotowych funduszy.
Brak oryginalności
Lewica ma niewiele oryginalnych pomysłów. Postępuje małymi krokami, starannie maskując swoje radykalne cele: totalną równość i nieograniczoną swobodę. Gdy tylko te cele zostaną zdemaskowane jako socjalistyczne projekty, społeczeństwo zwykle je odrzuca.
Kiedy takie inicjatywy ponoszą porażkę, aktywiści muszą się wycofać i znaleźć sposób, by je „przepakować” i sprzedać ponownie.
Dlatego konserwatyści powinni konsekwentnie opierać się modnym ideologicznym trendom. Każde skuteczne powstrzymanie lewicy zmusza ją do żmudnego wymyślania kolejnych inicjatyw, co wymaga czasu i energii.
To zwycięstwo w bitwie, ale nie w wojnie. ESG trzeba będzie ostatecznie odstawić na boczny tor. Jeśli bycie „woke” oznacza bycie modnym, to aktywiści inwestycyjni będą musieli znaleźć inne słowo na opisanie swoich lewicowych projektów finansowych. Bo bycie „woke” już dawno przestało być modne.
Źródło: tfp.org