
Plinio Corrêa de Oliveira 15/06/2026
Znam historię pewnego starszego rolnika z São Paulo, właściciela rozległych plantacji kawy i przestronnej rezydencji: dwupiętrowego budynku na planie kwadratu, z drzwiami pośrodku i identycznymi oknami gilotynowymi wzdłuż całej fasady. Bez żadnych zewnętrznych ozdób. Ten hodowca, „o fazendeiro”, zgodnie z tradycyjnym stylem, był także prawnikiem i politykiem.Zjednoczona rodzina, pewne tytuły własności, czerwona ziemia, solidny dom, posłuszni chłopi, spokojni sąsiedzi – niczego nie brakowało do spokoju tego pracowitego hodowcy. Jednak nieoczekiwany przeciwnik zaatakował w samym sercu to tak solidne gospodarstwo. W samym sercu, mówię, ponieważ nieoczekiwanie wtargnął do samego domu. I – co jeszcze bardziej zaskakujące – ten przeciwnik przybywał z dołu ku górze. Pojedynczy przeciwnik? A dokładniej tysiące. Być może miliony. Małe, zdobywające teren milimetr po milimetrze, w ciszy, niezauważone, opanowały podziemia, podczas gdy na górze, w domu, „fazendeiro” i jego rodzina pracowali, jedli, pili, spali i bawili się. Pewnego dnia kilka z nich wtargnęło do spiżarni. Hodowca zabił je i zlecił dochodzenie. Zdał sobie sprawę, że było ich już tak wiele, że wszelki opór był bezcelowy. „Mrówki saúvas” – bo to właśnie one – zbudowały w całym podziemiu tak rozległy labirynt, że zniszczenie go byłoby bezcelowe. Podsumowując tę historię, „fazendeiro” przeprowadził się, dom pozostał opuszczony, a plantacja kawy zaczęła być opanowywana. Ten „fazendeiro”, który sądził, że nie ma się czego obawiać ze strony żadnego potężnego wroga, został zrujnowany przez te niezliczone rzesze małych, ciemnych i cichych przeciwników.
Przypomniałem sobie o tym, gdy zacząłem pisać niniejszy artykuł. W rzeczywistości tematem, o którym chciałem napisać, był triumf ludzików we współczesnym społeczeństwie.
Przez ludzików rozumiem tu ludzi o duchu małostkowym, którzy w całości mieszczą się w jednej z tysięcy komórek codziennego życia. Tych, którzy pragną życia złożonego z codziennej banalności. Dla których wczoraj było bezbarwne, bezwonne i mdłe, tak jak dziś i tak jak jutro. Tlenem, którym oddychają, jest banalność. A przyjemność płynąca z rzeczy polega zasadniczo na powtarzalności.
Dla takich ludzików irytujące jest wszystko, co wielkie, czcigodne ze względu na długą historię lub wspaniałe ze względu na przyszłość, jaką otwiera; w sumie wszystko, co wykracza poza codzienne wymiary: ofiara, odwaga, geniusz, wykwintna delikatność, tragiczne nieszczęścia i wiele innych rzeczy. Trzeba położyć kres temu wszystkiemu, wszystkim tym, którzy tacy są, lub którzy odzwierciedlają coś z tego w swoim duchu, w swoich manierach, w swoim języku, w swoim sposobie bycia lub w swoim postępowaniu.
Niezliczone zmiany, jakie zaszły w naszym stuleciu, niemal we wszystkich dziedzinach życia, stanowią zwycięstwa ludzików, ponieważ zawsze umniejszają coś lub kogoś. Społeczeństwo ludzkie coraz bardziej przyzwyczaja się do gustu dusz-mrówek. Skutkiem tego jest to, że wielkie dusze czują się w tym podkopanym świecie, który je otacza, tak jak mój hodowca.
Kto dziś dąży do jakiejkolwiek formy wielkości, a zwłaszcza do cnoty, albo maskuje się, albo natychmiast rzucają się na niego mrówki, które wyszły z rozległych i mrocznych podziemi przeciętności. I wyrzucają go w rejony niezrozumienia, obojętności i izolacji, w których przeciętność skazuje na życie tych, którzy nie wpisują się w jej schematy.

W tym gigantycznym zjawisku społeczno-patologicznym, w tym powszechnym buncie ludzików przeciwko tym, którzy ich przewyższają, dostrzegam jedną z przyczyn służalczości Zachodu. Ludzik, człowiek-mrówka nienawidzi walki bardziej niż czegokolwiek innego. Wymaga ona wielkiego wysiłku, budzi entuzjazm jedynie w wielkich duszach, wywołuje wybuch wielkich nieszczęść. Człowiek-mrówka walczy zatem przeciwko każdej formie walki. To osobliwa bitwa, którą prowadzi, ustępując, uciekając (w dół, oczywiście), kapitulując: pozwalając się całkowicie zmiażdżyć, jeśli nie ma innego wyjścia.
Do tej rodziny dusz należą bezwarunkowi zwolennicy ekumenizmu. Obawiając się zaostrzenia sporów między religiami, człowiek-mrówka pragnie połączyć je wszystkie w jedną pan-religię, zresztą mniej więcej ateistyczną. Dla człowieka-mrówki wszystkie wierzenia i wszystkie niewiary muszą się zlewać w tym samym wirze ekumenizmu.
Z tego samego powodu człowiek-mrówka jest gotów wyrzec się swojej ojczyzny, tak jak czyni to ze swoimi przekonaniami. Woli nie widzieć wroga. Jeśli jest zmuszony go dostrzec, wyobraża sobie go w trakcie nawrócenia: odstalinizowanego, o ludzkim obliczu, przekształconego w pokojowy (i niejednoznaczny…) socjalizm. Jeśli wróg przenika do politycznych kręgów kraju, uśmiecha się do niego i określa go mianem „awangardowego” i „idącego z duchem czasu”. Jeśli przenika do środowisk katolickich, określa go analogicznie jako „postępowego”. Kiedy wróg rośnie na tyle, by stać się groźnym, człowiek-mrówka ogłasza nieodwracalne niebezpieczeństwo i próbuje, jako kompromis, strategii „konwergencji”, inspirowanej mottem „odpadają pierścienie, a palce pozostają”. I wreszcie, jeśli wróg, po zabraniu pierścieni, żąda palców, człowiek-mrówka szepcze: „niech palce odejdą, a pozostanie życie”.
* * *
Ale wszystkie te ustępstwa człowiek-mrówka czyni wyłącznie wobec lewicy. Całe swoje ciche i nieubłagane działanie – infiltrację, niszczenie, erozję – prowadzi na prawicy i w centrum, gdzie zazwyczaj się osadza. I wtedy nie ustępuje, nie ucieka, nie zbliża się, lecz podkopuje.
Dlaczego? Nienawidząc wszystkiego, co wzniosłe, szlachetne i harmonijnie nierówne, dla człowieka-mrówki im więcej równości, tym lepiej. I ku całkowicie powierzchownej, całkowicie płaskiej równości zmierzają jego pacyfistyczne aspiracje. Ku komunizmowi lub anarchizmowi.
Żyjemy w epoce rewolucji. To banalne stwierdzenie. Tak. Rewolucja ludzi-mrówek przeciwko wszystkiemu, co ma jakąkolwiek wielkość…
„Człowiek-mrówka” – Folha de S. Paulo, 11 lipca 1981 r.