Gary Isbell | 30/09/2026
Aby zrozumieć program socjalistów, trzeba dostrzec, że jego fundamentami są egalitaryzm i marksistowska koncepcja walki klas. Dlatego polityka podatkowa lewicy – w ujęciu jej krytyków – nie sprowadza się wyłącznie do matematycznych wyliczeń dotyczących dochodów państwa, lecz wiąże się również z dążeniem do redystrybucji majątku.
Program socjalistyczny opiera się, zdaniem jego krytyków, na dwóch błędnych założeniach – i żadne z nich nie ma wyłącznie ekonomicznego charakteru.
Pierwszym jest egalitaryzm. W tym ujęciu nierówność nie jest jedynie zjawiskiem, które należy ograniczać lub łagodzić, lecz przejawem niesprawiedliwości wymagającej naprawienia. Z takiej perspektywy wielki majątek nie jest po prostu „zbyt duży” – może być postrzegany jako społecznie nieuzasadniony.
Zgodnie z tą logiką podatek od majątku może służyć nie tylko finansowaniu programów publicznych, ale również zmniejszaniu nierówności ekonomicznych. W takim podejściu wielkość uzyskanych wpływów podatkowych nie zawsze jest jedynym kryterium oceny skuteczności danego rozwiązania.
Drugie założenie autor wiąże z marksistowską teorią ekonomiczną. W jej klasycznym ujęciu część bogactwa właścicieli kapitału powstaje w wyniku przejmowania wartości dodatkowej wytwarzanej przez pracowników. W publicystyce lewicowej prowadzi to niekiedy do przedstawiania wielkich fortun jako efektu ekonomicznej eksploatacji.
Wystarczy posłuchać części socjalistycznej retoryki: zamiast hasła „sfinansujmy ten program” często pojawia się wezwanie: „Niech miliarderzy zapłacą”. Krytycy takiego podejścia widzą w nim nie tylko próbę zdobycia dodatkowych dochodów dla budżetu, lecz również polityczny postulat redystrybucji bogactwa.
Jeśli więc zwrócić uwagę zwolennikowi podatku od majątku na możliwość uzyskania niższych od oczekiwanych wpływów, odpowiedź może sprowadzać się do argumentu, że sam podatek ma także znaczenie społeczne i redystrybucyjne. W takim przypadku wysokość dochodów nie jest jedynym celem tej polityki.
Walka klas zakłada, że bogaci nie wyjadą
Polityka wysokich podatków od najzamożniejszych może jednak przynosić oczekiwane rezultaty tylko wtedy, gdy podatnicy pozostają w danej jurysdykcji i nadal podlegają jej systemowi podatkowemu. Problem w tym, że osoby dysponujące znacznym majątkiem często mają większe możliwości zmiany miejsca zamieszkania, struktury własności lub lokalizacji prowadzonej działalności.
Przykładem jest Nowy Jork i tzw. pied-à-terre tax – dodatkowe obciążenie dotyczące niektórych nieruchomości o wysokiej wartości, które nie są głównym miejscem zamieszkania właściciela. Francuskie określenie pied-à-terre oznacza dosłownie „stopę na ziemi” i odnosi się do dodatkowego mieszkania lub domu używanego okazjonalnie.
Nowe obciążenia wywołały dyskusję o tym, czy część właścicieli luksusowych nieruchomości zdecyduje się sprzedać swoje lokale, zmienić miejsce zamieszkania albo ograniczyć swoją ekspozycję podatkową w Nowym Jorku.
Florydzka Izba Gospodarcza przyznała nawet burmistrzowi Nowego Jorku prześmiewczy tytuł „Economic Developer of the Year”, sugerując, że polityka podatkowa Nowego Jorku pomaga przyciągać mieszkańców i kapitał na Florydę. Samo wyróżnienie miało charakter satyryczny, lecz zjawisko migracji zamożnych mieszkańców pomiędzy amerykańskimi stanami jest realnym przedmiotem debaty ekonomicznej.
Podobne zjawiska obserwuje się także poza Stanami Zjednoczonymi. Według części analiz Wielka Brytania odnotowała w ostatniej dekadzie spadek liczby mieszkających tam milionerów. Wśród wskazywanych przyczyn wymienia się zmiany systemu podatkowego dotyczącego zamożnych rezydentów zagranicznych, rosnące obciążenia podatkowe oraz skutki gospodarcze brexitu. Należy przy tym zaznaczyć, że dokładna skala odpływu najbogatszych pozostaje przedmiotem sporu i zależy od przyjętej metodologii.
W 1991 roku ukazała się książka Quicksilver Capital, której współautorami byli Dwight R. Lee i Richard B. McKenzie. Autorzy argumentowali, że coraz łatwiejszy przepływ bogactwa i kapitału pomiędzy państwami przyczynił się do istotnych zmian politycznych i gospodarczych w latach 80.
Ten szybko przemieszczający się kapitał określili mianem „quicksilver capital” – kapitału płynnego niczym rtęć. Metafora ta dobrze opisuje jedną z cech współczesnej gospodarki: kapitał może stosunkowo szybko zmieniać miejsce ulokowania.
W ciągu ostatniego stulecia koszty transportu, prowadzenia działalności na odległość i komunikacji znacząco spadły, a kapitał stał się bardziej mobilny. Zwiększyło to konkurencję pomiędzy państwami o inwestorów i przedsiębiorstwa, między innymi poprzez poziom podatków, regulacji oraz koszty prowadzenia działalności.
Margaret Thatcher i Ronald Reagan prowadzili politykę obniżania części podatków od osób fizycznych i przedsiębiorstw. Jej zwolennicy argumentowali, że miało to zwiększać atrakcyjność inwestycyjną, ograniczać ciężar państwa i pobudzać prywatną przedsiębiorczość.
Sukces reform w jednych państwach wywierał presję na inne. Rządy obawiały się odpływu firm i kapitału do bardziej konkurencyjnych jurysdykcji. Przedsiębiorstwa zaczęły więc częściej brać pod uwagę stawki podatkowe, przepisy i koszty działalności przy wyborze miejsca, w którym lokowały siedziby, fabryki czy aktywa finansowe.
Kapitał wkroczył w erę cyfrową
Od lat 80. w wielu państwach znacząco spadały stawki podatku dochodowego od przedsiębiorstw, choć w ostatnich latach trend ten wyraźnie osłabł. Jednocześnie gwałtownie spadły koszty komunikacji, a przez kilka dekad ograniczano liczne bariery handlowe.
W ostatnich latach można jednak obserwować częściowy powrót polityki protekcjonistycznej, między innymi w Stanach Zjednoczonych. Jednym z najbardziej znanych przykładów jest polityka celna Donalda Trumpa. Jej długoterminowy wpływ na konkurencyjność amerykańskiej gospodarki pozostaje przedmiotem sporu ekonomicznego.
Mobilność bogactwa dodatkowo zwiększyła rewolucja cyfrowa. Aktywa finansowe mogą dziś być przenoszone pomiędzy instytucjami i państwami znacznie szybciej niż jeszcze kilka dekad temu.
Trudno było przewidzieć, w jak dużym stopniu poczta elektroniczna, Internet i cyfryzacja umożliwią pracę i zarządzanie przedsiębiorstwami na odległość. Jeszcze niedawno praca z innego stanu, kraju czy nawet kontynentu była wyjątkiem. Dziś w wielu branżach stała się czymś zwyczajnym.
Podobne zmiany może przynieść rozwój sztucznej inteligencji. Powstają systemy i cyfrowi agenci zdolni wykonywać zadania ponad granicami państwowymi. Nie oznacza to, że nie podlegają oni prawu, lecz ich regulowanie, opodatkowanie i przypisanie działalności do konkretnej jurysdykcji może być znacznie trudniejsze niż w przypadku tradycyjnych przedsiębiorstw.
Marks pisał przede wszystkim o fabrykach, kopalniach i materialnym kapitale produkcyjnym. Był to majątek fizyczny, ściśle związany z konkretnym miejscem.
Dziś znaczna część wartości przedsiębiorstw istnieje w postaci własności intelektualnej, oprogramowania, danych, umów, marek i aktywów finansowych. Firma może generować ogromne przychody, nie posiadając rozbudowanej infrastruktury materialnej.
Przedsiębiorca wyposażony w laptop, dostęp do Internetu i możliwość legalnego przeniesienia rezydencji może mieć znacznie większy wybór miejsca prowadzenia działalności niż przedsiębiorca sprzed kilku dekad.
W przypadku wielu właścicieli firm coraz mniej czynników fizycznie wiąże ich z jednym państwem. Jednocześnie nie każdy rodzaj działalności jest równie mobilny: fabryki, nieruchomości, infrastruktura czy usługi lokalne pozostają znacznie silniej związane z konkretnym miejscem.
I właśnie tutaj pojawia się podstawowy problem związany z jurysdykcją państw. Rządy działają w granicach określonych terytoriów, podczas gdy część kapitału może przenosić się pomiędzy nimi stosunkowo łatwo.
Jeżeli państwo znacząco zwiększa obciążenia podatkowe nakładane na majątek lub dochody osób o największej mobilności, jednym z możliwych skutków jest odpływ części podatników i kapitału. Może to ograniczać oczekiwane wpływy podatkowe oraz oddziaływać na poziom inwestycji. Skala tego zjawiska zależy jednak od konstrukcji podatku, sytuacji gospodarczej i możliwości przeniesienia działalności.
Właśnie dlatego wiele państw próbuje jednocześnie pobierać podatki od kapitału i tworzyć warunki, które mają zachęcać inwestorów do pozostania lub przeniesienia działalności na ich terytorium.
Dylemat, którego nie rozwiąże żaden manifest
W tym tkwi zasadnicza sprzeczność, na którą zwracają uwagę krytycy współczesnych projektów egalitarnych.
Ich zwolennicy obiecują zmniejszenie nierówności oraz poprawę sytuacji osób o niższych dochodach. Jeżeli jednak obciążenia fiskalne okażą się na tyle wysokie, że skłonią część przedsiębiorców, inwestorów lub zamożnych podatników do wyjazdu, rezultatem może być zmniejszenie bazy podatkowej, ograniczenie inwestycji albo utrata części miejsc pracy.
Bogaci mają większe możliwości przeniesienia majątku, działalności lub miejsca zamieszkania. Pracownicy oraz rodziny zależne od lokalnych przedsiębiorstw często nie dysponują podobną swobodą.
Ich miejsca pracy, źródła dochodu i więzi społeczne nie mogą zostać przeniesione równie łatwo jak aktywa finansowe czy siedziba spółki.
Postępowcy i socjaliści mogą zdobywać poparcie wyborców, odwołując się do argumentów o nierównościach i redystrybucji. Ich programy napotykają jednak także ograniczenia wynikające z konkurencji pomiędzy państwami i regionami o przedsiębiorców, inwestycje oraz zamożnych podatników.
Jurysdykcje takie jak Floryda mogą traktować wyższe podatki w innych częściach kraju jako okazję do przyciągnięcia nowych mieszkańców i kapitału.
Bogactwo nie zawsze pozostaje tam, gdzie zostaje opodatkowane. Czasem po prostu przenosi się gdzie indziej.
A część kosztów takiej zmiany może ostatecznie ponieść nie tylko właściciel kapitału, lecz również pracownicy zatrudnieni przez przedsiębiorstwa, które ograniczą działalność lub zdecydują się ją przenieść.
Źródło: tfp.org